Kiedy usłyszałem odgłos uderzenia i coś, co świadczyło o tym, że komórka Mayi wylądowała na podłodze zerwałem się z łóżka jak oparzony i olewając wszystko złapałem walizkę biegnąc do auta. Zapomniałem nawet o klaustrofobii, tylko z zawziętą miną wskoczyłem za kierownicę i kierując kolanem zacząłem grzebać w walizce. W końcu z piskiem zaparkowałem przed blokiem i z już złożonym pistoletem w ręce wpadłem do mieszkania chłopaka.
- Puść go do cholery! - Wrzasnąłem widząc mężczyznę, który klęczał nad moim chłopcem pozbywając się z niego ubrań - tylko go dotknij to cię zabiję.
Z wściekłością podszedłem do zdumionego faceta i z całej siły zdzieliłem gnoja w łeb kolbą pistoletu. Usłyszałem głuchy trzask świadczący o pęknięciu kości i nie przejmując się tym doskoczyłem do chłopaka zakrywając go szlafrokiem i przytulając mocno.
- Skarbie, wszystko dobrze? - szepnąłem odgarniając mu kosmyki z twarzy i oglądając go dokładnie. Chyba nic mu nie było, boże, jaka ulga...
Moje usta były zaklejone taśmą, a ja rozglądałem się roztrzęsiony. Kiedy Michael mnie uratował, wtuliłem się w niego jak małe dziecko i zacząłem ryczeć, zaciskając raczki na jego koszuli. Po chwili mężczyzna odkleił taśmę z moich ust, przez co z jednego z kącików zaczęła spływać krew. Podniosłem na niego zapłakane oczka i zacząłem skomleć.
-Tak bardzo się balem, on mówił takie okropne rzeczy, a ja nie mogłem nic zrobić...
- Już dobrze, kotku, już wszystko dobrze - szepnąłem cicho przytulając go czule i kołysząc delikatnie w ramionach - nic ci nie zrobił, prawda? Już dobrze skarbie, wszystko w porządku. Coś ci się stało, kochanie?..
Delikatnie starłem mu krew z usteczek i pocałowałem go w czoło podnosząc do siadu i wtulając w siebie mocno. Mój biedny aniołek, tak bardzo musiał się bać... A ja go zostawiłem, mimo, że mogłem przecież zostać na noc.
- Jest ich dwóch - szepnąłem mu ledwo słyszalnie do ucha i wskazałem na swoje piękne łóżko z różowym baldachimem.
Było rzeźbione w drewnie i malowane na biało, ja sam wykończyłem je dodając delikatne kwiatowe wzory. Wszystkie moje meble były w tym samym stylu. W moim pokoju stało jeszcze biurko, fotel, dwa regały i ogromna trzydrzwiowa szafa, jedne z drzwi były pokryte lustrem.
Pokiwałem głowa i wtuliłem go w siebie mocniej sięgając po pistolet, który leżał koło nas. Zmrużyłem oczy i wycelowałem dokładnie pociągając za spust. Debil, schował się za baldachimem i myślał, że go nie widać.
- Już dobrze kotku, chodź, zabieram cię do siebie - szepnąłem cicho podnosząc się z ziemi i przyciskając chłopca mocno do siebie - wszystko będzie dobrze, już nikt cię nie skrzywdzi, obiecuję. Zajmę się tobą skarbie.
Pocałowałem go w czoło i znalazłem w szafie ciepły płaszcz, którym owinąłem chłopca i wyszedłem z nim z mieszkania zostawiając je otwarte. Sięgnąłem do kieszeni i zmieniłem kartę w komórce wybierając odpowiedni numer i idąc do auta, jednocześnie tłumacząc, co się stało.
- To nie moja wina, gdyby nie włazili... Wiem kurwa, jakoś sobie poradzicie... Wiem przecież, pojadę... Tak, z samego rana. Dzięki.
Westchnąłem ciężko chowając telefon do kieszeni i ruszając szybko w kierunku samolotu. Kazali startować od razu, skurwysyny cholerne. Gdzie im się tak spieszyło, noo?..
- Boli cię coś? - Szepnąłem cicho patrząc zatroskany na chłopca lezącego na moich kolanach - co się stało z twoimi usteczkami? Co oni ci zrobili, koteczku?..
Rączki trzęsły mi się delikatnie, a ja byłem blady jak ściana. Moje biedne mieszkanko... co ja miałem teraz zrobić?! Było takie ładne, co prawda ledwo starczało mi pieniędzy, ale przecież było piękne, sam je wykończyłem. A mój baldachim z różowego, błyszczącego tiulu? Przecież był teraz do niczego. Tak samo jak pościel w żółwiki, też była cała pokrwawiona. Zacząłem łkać cicho, zdając sobie sprawę z tego, co by się stało, gdyby Michael się nie zjawił. Przejmowałem się takimi głupotami, a przecież mogłem stracić życie. Zacisnąłem łapeczki na jego koszuli, nie mogąc poradzić sobie z natłokiem myśli.
- No już, nie płacz kotku, wszystko będzie dobrze - uśmiechnąłem się czule głaszcząc go po główce - jak wrócimy nie będzie po niczym śladu, zobaczysz. Wrócisz do pięknego mieszkanka, wiesz? Na razie się uspokój, wszystko będzie dobrze zobaczysz. Nic się nie stało, prawda? Nikt cię nie skrzywdził, wszystko dobrze.
Zatrzymałem się i szczelniej owinąłem chłopca płaszczem wchodząc do samolotu, który już był gotowy do startu. Teraz musiałem zabrać Mayę jak najdalej się dało, żeby miał czas zapomnieć o wszystkim i się uspokoić.
W środku było już ciepło, więc mogłem spokojnie odłożyć płaszcz. Cały czas trzymając chłopca na rękach wygrzebałem z szafy swój podkoszulek, który spokojnie sięgałby Mayi do kolan i zaniosłem go do łazienki.
- Umyj się i przebierz, dobrze? - Szepnąłem cicho stawiając go ostrożnie na podłodze i podstawiając mu cieple kapcie - powinno ci się po tym zrobić lepiej. Proszę, ubierz się, tu masz ręcznik. Poradzisz sobie?
Kucnąłem przed nim uśmiechając się pocieszająco i głaszcząc go po policzku. Mój mały, biedny dzieciaczek...
Pokręciłem przecząco głową i objąłem go za szyję, przylegając do niego zmarzniętym, nagim ciałem. Jedyne, co miałem na sobie to koronkowe bokserki i ciepłe skarpety. Dobrze, że zdążyłem złapać swój plecak, miałem w nim klucze, telefon, który tam wpadł, portfel, krótkie spodenki i podkoszulek, ręcznik i szczoteczkę do zębów. Nie wiem czemu ale przeszło mi teraz przez myśl, że dobrze, że nie miałem żadnych zwierząt, bo przecież mogło im się coś stać i wtedy znowu przemknęło mi przez myśl, że Michael uratował mi życie.
- Nie zostawiaj mnie - szepnąłem, zaciskając wargi.
- Dobrze skarbie, nie zostawię - szepnąłem obejmując go i głaszcząc po plecach - umyjemy cię, dobrze? A potem pójdziemy spać. Muszę cię rozebrać, wiesz? Nie bój się, nie zrobię ci krzywdy, spokojnie.
Obejmując go cały czas delikatnie zsunąłem mu z nóżek skarpety, żeby zająć się bokserkami musiałem przez chwilę zbierać się w sobie. Już nagiego wziąłem na ręce i postawiłem w wannie, złapałem świeżą gąbkę i zacząłem myć go ostrożnie, starając się nie patrzyć za dużo na jego ciało, żeby nie zrobić przypadkiem czegoś głupiego.
Po chwili ktoś zapukał do drzwi i spytał, czy możemy startować. Potwierdziłem i zacząłem ostrożnie spłukiwać chłopca, wytarłem go i ubrałem.
- Chodź, położymy się, dobrze? - Szepnąłem cicho biorąc go z powrotem na ręce i przytulając mocno - zaraz wystartujemy. Leciałeś kiedyś samolotem?
Uśmiechnąłem się i zaniosłem go do łóżka, na którym dalej spał pomrukujący przez sen wilczek. Nie miałem gdzie go teraz dać, Maya musiał jakoś znieść jego towarzystwo. Usiadłem na pościeli tuląc mocno tego biedaczka, kiedy ruszyliśmy z delikatnym szarpnięciem. Jeszcze by mi się przewrócił przy starcie, a rosnąca prędkość tak przyjemnie go we mnie wciskała... Mógłbym go tak trzymać na prawdę długo, mój kochany.
Siedziałem w wannie, patrząc roztrzęsiony przed siebie i zaciskając łapeczki w piąstki. Po chwili wstałem tak jak Michael kazał i objąłem się raczkami, spoglądając na swoje stopy. Wytarł mnie i ubrał w podkoszulek, po czym wziął na ręce. Siedziałem na jego kolanach, zaciskając rączki na jego ubraniach i pozwalałem moim usteczką drzeć. Byłem w szoku i właśnie teraz zaczęło się to pokazywać.
Westchnąłem cicho i kiedy tylko oderwaliśmy się od ziemi i przestałyśmy nabierać szybkości złapałem chłopca za policzki zmuszając, żeby na mnie spojrzał.
- Maya, spokojnie. Już po wszystkim, tak? Nic ci nie jest, oni cię nawet rozebrać nie zdążyli. Wszystko już dobrze, nie pozwolę cię skrzywdzić. No już, uszka do góry, nie masz czego się bać.
Zamknąłem oczy i delikatnie zbliżyłem do siebie nasze usta. Nie mogłem się powstrzymać, kiedy tak drżał, wyglądał jakby zaraz miał się rozpaść...
Delikatnie pocałowałem kącik jego ust i odsunąłem się z cichym westchnieniem. No tak, zacząłby panikować jeszcze bardziej. Głupi ja... Chyba się nie doczekam tego pocałunku.
- Chodź pod kołdrę, jest chłodno, zmarzniesz - szepnąłem i położyłem go pod kołdrą, samemu siadając obok i wyciągając zza paska pistolet, zaczynając go rozkładać i czyścic, razem z wilczkiem na kolanach. Nie potrafiłbym teraz położyć się przy Mayi, nie powstrzymałbym się i zrobiłbym coś, czego później bardzo bym żałował.
Wsunąłem się pod kołdrę i usnąłem twardo, plącząc przez sen, jakiś czas. W końcu zapadłem w naprawdę mocny sen i zacząłem się okropnie rozkopywać. Po chwili leżałem z kołdrą miedzy nogami i wypiętym gołym tyłeczkiem w jego stronę. Przespałem tak jakiś czas, aż w końcu znowu się odwróciłem. Jego podkoszulek podjechał mi w górę, a że leżałem na pleckach, to wszystko było na wierzchu.
- Boże, Maya przestań - jęknąłem zaciskając powieki i zakrywając go podkoszulkiem - ty na prawdę chcesz żebym zrobił ci coś złego?..
Westchnąłem ciężko i w końcu położyłem się za nim karmiąc wcześniej mojego głodomorka, który ułożył się miedzy nami. Zamknąłem oczy i po kilku minutach już spałem twardo, nieświadomie opierając czoło o plecy chłopca i obejmując go ramieniem.
Obudziłem się, gdy już lądowaliśmy i obróciłem do Michaela, powoli uświadamiając sobie, co się stało. Nagle coś wskoczyło mi na plecy i chwyciło za włosy, tarmosząc je z radosnym powarkiwaniem. Krzyknąłem przerażony i skuliłem się drżąc ze strachu. Sam nawet nie wiem, kiedy się popłakałem i zaczęło mi się robić czarno przed oczami, byłem przerażony.
Otworzyłem oczy zaspany i uśmiechnąłem się szeroko widząc Mayę. Złapałem szczeniaczka stawiając go za sobą i posadziłem chłopca na swoich kolanach, głaszcząc go delikatnie po głowie.
- Taki duży chłopiec a boi się dzieciaczka - szepnąłem czule - daj spokój skarbie. Jesteś odważnym chłopcem, prawda? Na pewno, wiem przecież. No już, uśmiechnij się skarbie i nie boj się, to nic strasznego. Zjemy coś, dobrze? Mam nadzieję, że lubisz francuską kuchnię, bo jesteśmy w Paryżu. No już, wstawaj skarbie i główka do góry. Nie ma bania się szczeniaczków, zwłaszcza tego. Polubił cię, widzisz?
Z uśmiechem wskazałem mu wilczka, który wyglądał zza moich pleców starając się przedostać z powrotem do Mayi i jakoś przebrnąć przez fałdy kołdry, co skutkowało lądowaniami na pyszczku.
- Zabierz go ode mnie - mruknąłem, schodząc z łóżka i uciekając do łazienki razem ze swoim plecakiem.
Ubrałem się w normalne ciuchy, schowałem komórkę do kieszeni i uchyliłem drzwi łazienki, ale ten psiak stał pod nimi szczęśliwy.
-Trzymaj go, niech on do mnie nie podchodzi- warknąłem, zamykając się z powrotem w łazience i zabrałem się za mycie zębów.
- Maya, nie panikuj, proszę cię - zaśmiałem się cicho porywając wilczka na ręce i dając mu butelkę ze świeżym mleczkiem do ssania - jak coś to czekam na ciebie na zewnątrz, jedziemy do hotelu, więc weź plecak. Porwę cię na zakupy, bo zdaje się, że nie masz w co się ubrać, co nie? A ty nie strasz Mayi głuptasku, bądź dla niego miły, dobrze?
Z uśmiechem wyszedłem na pole i sapnąłem cicho czując okropny skwar. Boże, wszędzie gorąco... Usiadłem na schodkach patrząc w błękitne niebo i uśmiechając się delikatnie.
Dzięki Bogu miałem też klapki, więc wsunąłem je szybko na stopy, skończyłem myć zęby i wyszedłem z samolotu. Stanąłem obok Michaela, zakładając ręce na piersi i patrząc na niego zły.
- Jesteś beznadziejny. Wykorzystałeś fakt, że byłem w szoku i mnie porwałeś, odeślij mnie do domu - burknąłem, czując jak zaczyna burczeć mi w brzuchu, okropieństwo.
- Na prawdę chcesz wrócić? - Spojrzałem na niego poważnie - chcesz wrócić do jeszcze niewysprzątanego mieszkania i zostać tam całkowicie sam? Czy wolisz odwdzięczyć mi się za ratunek i całkowicie za darmo podróżować po Europie? Ja bym chyba wybrał tą drugą opcje na twoim miejscu.
Uśmiechnąłem się delikatnie podnosząc się z podłogi i idąc do podstawionego auta.
- Samolot będzie wracał do Japonii, na to samo lotnisko - oznajmiłem jeszcze zastanawiając się, co chłopak wybierze.
Tak naprawdę Michael nie pozostawił mi wyboru, okropny szantażysta. Wsunąłem się za nim do auta i usiadłem z tyłu, jak najdalej od niego. Byłem wściekły, nikt nie kazał mu ich zabijać, wystarczyło, żeby ich obezwładnił i zadzwonił na policję. Pokręciłem niezadowolony noskiem i skuliłem się, obejmując nóżki rączkami.
- Nienawidzę cię - burknąłem, rzucając w niego batonikiem, a sam zjadając drugiego.
- A ja cię kocham - uśmiechnąłem się szeroko patrząc na niego radośnie - nie pożałujesz, obiecuję. To będą najlepsze wakacje w twoim życiu.
Wyciągnąłem rękę i pogłaskałem go lekko po główce. Po chwili już zatrzymaliśmy się pod wielkim, pięciogwiazdkowym hotelem, ktoś wziął nasze rzeczy a ja porwałem Mayę na ręce i zaniosłem go prosto do restauracji, ani nie za dużej, ani nie ma małej, idealnej.
- Bierz, co chcesz, musisz być głodny - uśmiechnąłem się i złapałem talerz zaczynając nakładać sobie wszystko jak leciało, boże, jak ja kochałem szwedzki stół... Przynajmniej nie trzeba było czekać.
Nałożyłem sobie pare rzeczy na talerz i usiadłem przy stoliku z Michaelem, siadając na krześle po turecku i jedząc wolno zamyślony. Jak to mnie kocha? Nic nie rozumiałem. W końcu westchnąłem ciężko i odłożyłem sztućce, nie mogąc już więcej przełknąć, choć tak naprawdę nie zjadłem prawie nic.
- Powiedz mi, czym tak naprawdę się zajmujesz? - zapytałem cicho.
Spojrzałem na niego zdumiony i westchnąłem cicho.
- Zjedz najpierw, w pokoju porozmawiamy - mruknąłem posyłając mu delikatny uśmiech - proszę cię, nie możesz się głodzić. Mam cię nakarmić?
Przechyliłem głowę całkowicie poważny. Jeśli będzie trzeba to nie będę miał wyboru, złapię go i wepchnę w niego to wszystko.
- Nie głodzę się, po prostu już tak mam. Nieważne jak jestem głodny, dopóki jestem zdenerwowany nie zjem ani gryza, a ta sytuacja w ogóle mi się nie podoba. Nie wiem gdzie jestem, nie znam języka, jeśli zginę to nikt się nawet tym nie zainteresuje. Jutro do mieszkania przychodzi dozorca zabrać czynsz, a jak zastanie to... to nie wiem, co się stanie. W mieszkaniu mam cały swój życiowy dorobek, nie mam nikogo i niczego więcej, więc jeśli to stracę, równie dobrze możesz mnie zabić. Postaw się na moim miejscu. Wiem, że będzie Ci trudno skoro stać cię na to wszystko, ty praktycznie śpisz na pieniądzach, za to ja martwię się o każdy grosz, weź to pod uwagę.
Z westchnieniem odłożyłem sztućce i wpakowałem nasze talerze na tackę.
- Chodź, idziemy do pokoju - mruknąłem łapiąc go za rękę i ciągnąc za sobą - jesteśmy na obrzeżach Paryża, jeśli już koniecznie chcesz wiedzieć. O dozorcę się nie martw, zajmą się tym, wszystko będzie opłacone i posprzątane. Siadaj.
Wskazałem duże łóżko, na którym już czekał Boota machając ogonkiem. Pokój był średnich rozmiarów, ściany miały błękitny kolor, marmurowa podłoga była wyłożona miękkim, puchatym dywanem w kolorze wiosennej trawy. Całkiem przyjemnie.
Zamknąłem za nami drzwi na klucz, odstawiłem tackę na stolik i pozamykałem okna włączając za to klimatyzację.
- Wcinaj głuptasie, no już - uśmiechnąłem się delikatnie samemu siadając po turecku z wilczkiem między nogami - czemu myślisz, że nie pracuję w tej firmie? Serio w niej pracuję i zajmuję się tłumaczeniem i negocjacjami z obcokrajowcami...
- Jasne, no oczywiście. A każdy negocjator nosi przy sobie broń, umie zajebiście strzelać i zarabia kokosy, po czym buduje sobie wykurwiony dom i hoduje wilka. Nie wciskaj mi kitu, bo to, że jestem studentem nie znaczy, że jestem głupi.
Wstałem z łóżka i usiadłem w fotelu, po drugiej stronie pokoju. Mówiłem mu już coś o tym wilku, ale on chyba był niedorozwinięty i nie rozumiał, co mówię.
- Daj spokój, jestem po prostu zajebistym negocjatorem - ze śmiechem machnąłem ręką, ale zaraz spoważniałem widząc jego nieugiętą minę i zacząłem grzebać w talerzu - od trzech lat pracuję dla rządu - mruknąłem w końcu drapiąc maluszka za uszkiem - dla rządowej agencji. Dlatego tak dużo zarabiam. Nie powinienem ci w sumie tego mówić, to tajemnica państwowa, ale co mi tam. W każdym razie to, że hoduję wilka nie ma z tym nic wspólnego, po prostu go znalazłem i mi się go żal zrobiło, był taki malutki i tak strasznie płakał... Coś zabiło mu mamę, nie mogłem go przecież zostawić. A wracając do tematu, dom jest tak duży, bo powierzchnia pod nim to schron dla rządu, trzeba było go jakoś ukryć - zaśmiałem się cicho drapiąc się po głowie - możesz nie wieżyc, ale co mi tam. Już chyba i tak nie mam u ciebie żadnych szans, co nie? Nieważne zresztą. Jak wrócisz, wszystko będzie po staremu, nikt się nie dowie o tym, co się stało u ciebie w mieszkaniu, nie będzie po tym żadnych śladów, więc nie masz się czego bać. Dodatkowo dostaniesz wynagrodzenie za problemy, jakie sprawiło ci bycie zamieszanym w moje służbowe sprawy, a to z tego, co wiem jest na tyle wysokie, że będziesz mógł bez problemu utrzymać się za nie przez rok z hakiem... Jeej, maluszku, nie wolno ci tego podjadać! To niezdrowe dla takich dzieciaczków.
Podniosłem wilczka i zacząłem wylizywać mu pyszczek z sosu, w którym cały się umazał. Głuptasek okropny.
- Nie chcę pieniędzy, nie zależy mi na żadnej rekompensacie, chciałem tylko twojej szczerości. Nie powiedziałem, że nie masz u mnie szans, bo zacząłem Cię lubić, ale jak już mam spędzić tutaj miesiąc to potrzebuję ciuchów i tego, żeby ten pies nie zbliżał się do mnie bardziej niż na 2metry. Nie chcę też, żebyś kupował mi ciuchy, bo za te wakacje pewnie wiszę Ci fortunę. Mam jakieś pieniądze. Potrzebuję tylko maszyny do szycia i jakiegoś taniego sklepu z materiałami - pokiwałem poważnie głową.
Pokręciłem głową rozbawiony i odłożyłem pusty już talerz na stolik.
- Za nic nie płacę, na koszt rządu podróżujemy - oznajmiłem z uśmiechem - nie martw się, żadnej fortuny mi nie wisisz. Wcinaj, proszę cię, jest na prawdę dobre. No, mały... Boota, powiedz mu coś.
Spojrzałem na psiaka jak obrażone dziecko, na co ten beknął przesłodko i zaczął oblizywać sobie pyszczek z resztek sosu. Zaśmiałem się cicho i pogłaskałem go po pyszczku.
- Widzisz? On też mówi, że dobre, słuchaj go. I nie boj się, przecież on nie jest w stanie cię nawet podrapać, obciąłem mu pazurki. Widzisz?
Złapałem małą łapeczkę i wysunąłem tępe pazury, obcięte starannie. Maya na prawdę nie miał się czego bać.
- To tylko dziecko, kocie... Wilki na prawdę są przyjaznymi stworzeniami, nie atakują bez potrzeby. To się tylko tak mówi, że to zło wcielone i w ogóle, ale są dużo spokojniejsze od zwykłych psów, nawet od kotów. On nic ci nie zrobi, spróbuj go przynajmniej pogłaskać, nie ugryzie cię...
- Nawet nie próbuj z nim podchodzić - zagroziłem mu palcem -To dokładnie tak samo jakbym Ci powiedział, że siedzenie w małych pomieszczeniach to super sprawa i zaproponował cały dzień w windzie, co Ty na to?
Wstałem z krzesła i obróciłem się do niego tyłem, stając pod słońce. Podniosłem podkoszulek i opuściłem spodenki.
- No przyjrzyj się - mruknąłem.
Począwszy od karku, przez ramiona, plecy, aż do kostek, wszędzie były blizny w kształcie śladów psich zębów i pazurów. Niektóre wyglądały tak jakby ten pies próbował mnie rozerwać.
- Nie ufam niczemu, co psa przypomina i nie mam zamiaru tego zmieniać - mruknąłem, wracając na miejsce.
Westchnąłem ciężko spuszczając wzrok z jego pleców.
- Wiesz, kiedy powiedziałeś, że ktoś u ciebie jest, po prostu wsiadłem do auta i pojechałem, na śmierć zapominając o tym, jak bardzo się boje - uśmiechnąłem się delikatnie podnosząc na niego wzrok - kiedy byłem mały, ojciec kupił taką małą klatkę, w której mnie zamykał, kiedy robiłem coś nie tak jak powinienem, mimo że doskonale wiedział jak okropnie boje się takich małych przestrzeni. Ale wiesz co? Kiedy nie masz innego wyboru po prostu musisz zrobić coś, czego się boisz, nawet najbardziej na świecie. I wtedy to wcale nie jest takie straszne, wiesz? Da się to znieść, jeśli trzeba. No, chłopie, nie panikuj tak i...
Zastygłem zdając sobie sprawę z tego, co chciałem powiedzieć. To wcale nie było "i dotknij go". Mało brakło a poprosiłbym go po raz kolejny, żeby pozwolił mi się pocałować. Boże, czy ja na prawdę nie potrafiłem myśleć o niczym innym?.. Zgłupiałem chyba do reszty, skończony debil ze mnie, noo!
- Nie umierasz, więc nie muszę tego robić. To była ostateczność, ja naprawdę nie chcę tego robić. Jak tylko wrócimy do domu, to chyba zemdleję na tydzień, żeby odreagować przebywanie w jego obecności. A swoją drogą, to jak będziesz mnie odwiedzał, masz go zostawiać w domu... - pokiwałem poważnie głową i podkuliłem nogi, bo ten głupi pies zaczął hasać po dywanie i skakać koło mnie.
- Zabierz go...
- Nie mam dokąd - westchnąłem ciężko - to tylko dzieciak, na dodatek jest w nowym miejscu więc musi wszystko obwąchać. Gdybyś go lepiej poznał, pokochałbyś go, mówię ci. Jest cudowny. Zostawmy go i chodźmy się przejść, co ty na to? Byłeś kiedyś w Paryżu?
Uśmiechnąłem się delikatnie i wyciągając do niego rękę wstałem z łóżka.
ahhh mój bohater :3 oj i jak można bać się piesków ! czekam z niecierpliwością na następne rozdziały
OdpowiedzUsuń- stała bywalczyni XD