poniedziałek, 27 lipca 2015

Psychodeliczne Y. rozdział VII

Dzisiaj krótko, bo okropna autorka lubi trzymać ludzi w napięciu xD Ale w nagrodę wrzucę coś jeszcze jutro ;)

**********

 Uśmiechnąłem się nieszczerze, słysząc te słowa już któryś raz. Wyjeżdżam na kilka dni, ale zapomniałem ci powiedzieć, że nawet jak wrócę to i tak się nie spotkamy. Wpuściłem go do środka i zamknąłem za nim drzwi, stałem już w samej bieliźnie i tylko narzuconym szlafroku. Miałem na sobie koronkowe czarne majtki i pończoszki zakończone taką samą koronką.
 - Chcesz herbaty? - zapytałem cicho.
 Pokręciłem tylko głową i podszedłem do niego, żeby owinąć go szczelniej szlafrokiem.
 - Nie stój tak przede mną, za bardzo kusisz - szepnąłem cicho zawiązując puchaty pasek na jego wąskiej talii - przepraszam cię... Wiem, że pewnie słyszałeś to od każdego, ale ja na prawdę wrócę. Może nawet uda mi się szybciej niż planuję... Ej, może pojedziesz ze mną? - Z nagłym entuzjazmem złapałem go za ręce - dasz radę wsiąść wolne, prawda? Na pewno dasz, co ty na to? Pojedziemy razem, proszę... Nie chcę żebyś myślał sobie, że to chodzi o to, że chcę zniknąć, wiesz?
 Uśmiechnąłem się szeroko patrząc mu w oczy. Przecież to nie było nic złego, mogłem go przecież zabrać ze sobą. To było tylko kilka dni roboty w tygodniowych odstępach, miałbym dla niego czas.
 - Wybacz, nie stać mnie na to. Muszę pracować, żeby moc utrzymać mieszkanie. Bardzo je lubię. Jeśli to tutaj zostawię to będzie słabo, nie uważasz? To niby jest tylko miesiąc, ale ja nie dostaję stypendium, gdy jest przerwa wakacyjna. Muszę pracować po 8h, 6dni w tygodniu, żeby się utrzymać...- westchnąłem cicho i zsunąłem się z jego rąk - Jutro mam ostatni egzamin, a w środę idę po wyniki, jeśli czegoś nie zdałem to muszę iść na poprawkę...
 Puściłem go z rezygnacją i wbiłem wzrok w podłogę.
 - Przecież bym ci pomógł - szepnąłem cicho - mam głęboko gdzieś ile musiałbym za to zapłacić, mogę cię utrzymywać ile tylko chcesz, nawet do końca życia, ale nie chcę żebyś mnie znienawidził. Mogę opóźnić wyjazd o jeden dzień żebyś zdążył zdać egzamin, poproszę Kumiko żeby odebrała twoje wyniki i wysłała ci je, więc będziesz mógł się uczyć w razie czego...
 Wygmerałem ze spodni kartkę i złapałem długopis leżący na biurku.
 - Teraz tego numeru używam - mruknąłem kładąc karteczkę na jego łóżku - wyjadę jutro wieczorem, gdybyś jednak się zdecydował, to zadzwoń, przyjadę po ciebie. Jeśli choć trochę ci zależy to proszę, zadzwoń...
 Westchnąłem ciężko i wyszedłem z mieszkania. Musiałem dać mu czas, najlepiej beze mnie czekającego nad jego głową.
 Usiadłem ciężko na łóżku, nie bardzo wiedząc jak mam to rozwiązać. Poszedłem się umyć i wróciłem do pokoju. Dzisiaj w nocy nie straciłem przytomności, siedziałem i kleiłem wianuszki i opaski. Rano nadałem chyba 60paczek, które miałem zalegle i zawiesiłem stronę. Poszedłem rano na egzamin, a gdy wróciłem usiadłem na łóżku zagryzając zęby. Otworzyłem moją puszkę i sprawdziłem stan zaskórniaków. Miałem akurat tyle, żeby opłacić mieszkanie, ale nie więcej. W końcu złapałem telefon i wykręciłem numer do Michaela, ale gdy nie odebrał po 3 sygnale, to spanikowałem i rozłączyłem się.
 Wypadłem spod prysznica słysząc dzwonek telefonu i prawie rozpłakałem się ze szczęścia widząc, kto dzwonił. Szybko się wytarłem i ubrałem, złapałem małą torbę z niezbędnymi rzeczami, mojego wilczka i wpadłem do samochodu, pędząc pod mieszkanie Mayi. Wyskoczyłem z auta i z moim zwierzaczkiem na rękach zacząłem dobijać się do drzwi chłopaka.
 - Boże, Maya, tak się cieszę - zaśmiałem się szczęśliwy rzucając mu się na szyje, przez co wilczek wylądował na podłodze - myślałem, że nie zadzwonisz, za pól godziny mamy samolot... Tak strasznie się cieszę...
 Odkleiłem się od niego i złapałem za policzki chcąc go pocałować. W ostatniej chwili, kiedy nasze usta dzieliły już milimetry ogarnąłem się i odsunąłem, dając mu tylko całusa w czoło.
 - Spakowany? Weź tylko szczoteczkę do zębów i kilka ubrań, resztę kupimy na miejscu. Chodź, musimy się pospieszyć... A to jest Boota - z uśmiechem podniosłem wilczka i pogłaskałem go po pyszczku - uparł się żeby jechać, nie potrafiłem mu odmówić... No patrz w te oczka, jak zacznie prosić to nie da się mu oprzeć...
 Kiedy zobaczyłem tego wilczura na wysokości swojego pyska, tylko kiwnąłem głową, blady jak ściana i upadłem zemdlony na ziemię. Chwilę tak leżałem, gdy Michael mnie ocucił, od razu odsunąłem się od tego psa i wskoczyłem na łóżko, patrząc na niego z przerażeniem.
 - Ja jednak dzwoniłem, żeby się z Tobą pożegnać. Życzę Ci milej podroży i bezpiecznego powrotu do domu - pokiwałem poważnie głową.
 - Maya - z uśmiechem wyciągnąłem rękę i pogłaskałem go delikatnie - to dzieciak. On nawet zębów porządnych jeszcze nie ma, no popatrz.
 Podniosłem mojego pupilka i wsunąłem mu palec między szczęki pokazując malutkie kiełki, które nawet ugryźć porządnie nie były w stanie.
 - On pija tylko mleko, na prawdę nic ci nie zrobi. Proszę, nie rób tak noo... Tak strasznie się cieszyłem że jednak pojedziesz...
 Uśmiechnąłem się błagalnie przerażony nagłą wizją wyjazdu bez Mayi. Przecież nie mógł nie lecieć tylko z powodu małego szczeniaczka...
 - Wiem, ale przemyślałem sobie wszystko. Mam pieniądze, żeby opłacić mieszkanie, na jeden miesiąc, ale nie mam a i grosza więcej. Nie ma szans, przecież nie pojadę za darmo, będziesz musiał za wszystko płacić, to bez sensu. Naprawdę chciałem się tylko pożegnać - podszedłem do szafy, domykając ją, bo w środku stała już spakowana walizka, a nie chciałem, żeby ją zobaczył.
 - Wybacz, jeśli zrobiłem Ci nadzieję - uśmiechnąłem się smutno, nie patrząc mu w oczy.
 Zacisnąłem zęby i postawiłem wilczka na stole, samemu łapiąc stojąca na nim puszkę. Tak jak się spodziewałem, były w niej pieniądze. Wsadziłem je sobie do kieszeni i wyszczerzyłem się do chłopaka podchodząc do szafy i wyciągając z niej walizkę.
 - Po pierwsze, jesteś już spakowany, więc chciałeś jechać - oznajmiłem dalej się szczerząc - po drugie, twój hajs jest teraz tutaj - poklepałem się po kieszeni - więc nie masz ani grosza. I nie odzyskasz tego dopóki ze mną nie pojedziesz. Więc... Papaaa.
 Ze śmiechem złapałem zwierzaka i wyszedłem z mieszkania. Może to i był szantaż, ale chuj z tym, byleby był skuteczny.
 Popatrzyłem na niego jak na kretyna, stając na klatce i wyjmując telefon z kieszeni. Wykręciłem numer i gdy po 2 sygnale ktoś odebrał zacząłem mówić.
 - Halo? Policja? Chciałbym zgłosić kradzież z próbą szantażu. Tak. Moje dane? - przechyliłem głowę z uśmiechem, patrząc na zdziwionego Michaela.
 - Nie rób ze mnie idioty - spojrzałem na niego z uśmiechem i zabrałem mu komórkę - przepraszam, pomyłka. Zaraz spóźnię się na samolot, więc wiesz, muszę się spieszyć.
 Rozłączyłem się i komórkę też wsadziłem sobie do kieszeni. Pomachałem mu i zacząłem iść w kierunku auta, na prawdę mi się spieszyło...
 - Nie chcę nigdzie jechać! Czego nie rozumiesz?! Boję się tego psa, nie mam zamiaru się do niego zbliżać nawet na kilometr, więc oddaj mi moje rzeczy, albo nigdy więcej się do Ciebie nie odezwę, zgłoszę to na policję i wystąpię o zakaż zbliżania się - moje oczy płonęły gniewem, a ja zaciskałem swoje małe łapki w piąsteczki.
 Zatrzymałem się z westchnieniem i postawiłem torbę pod ścianą, położyłem na niej komórkę i pieniądze i przytuliłem wilczka, który marudził cicho.
 - Chodź skarbie, chyba jednak nas tu nie chcą - mruknąłem cicho zdołowany - oj, nie bój się, przecież cię nie zostawię, nie płacz już. Muszę się tobą zając, prawda? Skoro nie ma kto, to nie mogę cię zostawić, nie płacz.
 Drapiąc po brzuszku skomlącego smutno psiaczka wyszedłem z budynku i usiadłem na siedzeniu kierowcy. Nie miałem komu zostawić tego maleństwa, służba zawsze pod moją nieobecność miała wolne. A przecież nie mogłem zostawić go na pewną śmierć... nawet, jeśli to miałoby znaczyć, że Maya nie pojedzie. Płakać mi się chciało, ale już nic więcej nie mogłem zrobić. Przecież się starałem, nie mogłem bardziej.
 Zabrałem swoje rzeczy do domu i położyłem się na ziemi, wtulając w swojego misia i płacząc cicho. Polubiłem go, ale nie było szans, żebym pojechał, balem się wszystkich psowatych stworzeń, w dodatku ich nienawidziłem. Po chwili się ogarnąłem i podniosłem do siadu, chowając puszeczkę w głąb szafy i ściągając zawieszenie strony. Szybko rozpakowałem walizkę i zacząłem szukać mieszkań z niższym czynszem w okolicy.
 Przesiedziałem w aucie pięć minut, w końcu złapałem komórkę i znalazłem numer Mayi.
 "Zostawię go, tylko pojedź... Mam jeszcze dziesięć minut, poczekam".
 - Przepraszam maluszku - szepnąłem cicho przytulając mocno swojego futrzaka i drapiąc go za uszkiem - Obiecuję, że nie będzie bolało, dobrze? Zaśniesz słodko, nawet nic nie poczujesz.
 Uśmiechnąłem się pocieszająco do wilczka patrząc w stronę drzwi i czekając, aż Maya przyjdzie. Nie miałem innego wyjścia, musiałem go zabić. Gdybym go wypuścił męczyłby się okropnie, oddałbym go do schroniska to od razu by go uśpili albo zagłodzili, nie miałem go komu zostawić... Mój malutki psiaczek, biedactwo moje kochane. Tak strasznie mi go żal było, ale gdybym wyjechał pewnie potem bym już nie znalazł Mayi... Wyniósłby się choćby po to, żeby więcej mnie nie oglądać.
Westchnąłem cicho i wykręciłem numer, z którego przyszedł sms.
 - Nie chcę Michael. To bez sensu. Jedź. Jak znajdę nowe mieszkanie to wyślę Ci adres, albo spotkamy się w kawiarence. To w końcu twój pupil, nie zostawiaj go nikomu, nie wiadomo, co mu się stanie. Jedź już, nie czekaj, bo i tak nie zejdę - rozłączyłem się i wyłączyłem telefon, szukając dalej jakichś tanich mieszkań.
 Westchnąłem ciężko i wyłączyłem silnik wysyłając smsa i przekładając lot jeszcze o jeden dzień. Pierdolę to wszystko, będę czekał, dopóki chłopak nie przyjdzie.
 - Głodny? - ze smutnym uśmiechem wyciągnąłem ze schowka mleko, nalałem je do butelki i ułożyłem sobie psiaczka w ręce dając mu się napić - poczekamy, prawda? I tak nas nie zwolnią a nie możemy sobie pozwolić na stracenie go. Smakuje ci?
 Pocałowałem go w główkę miedzy uszkami i podkuliłem nogi opierając je na kierownicy. Długa noc mnie czekała, ale co tam. W końcu odłożyłem pustą butelkę i otworzyłem drzwi stawiając psiaczka na ziemi i dając mu się załatwić. Kiedy skończył znowu wylądował w moich ramionach śpiąc już słodko. A ja dalej patrzyłem w okno mieszkania chłopaka czekając jak na zbawienie.
 Na razie nie znalazłem żadnej fajnej oferty, a trochę zgłodniałem. Nie było pieczywa, więc wrzuciłem dres na piżamę, drobniaki, klucze i telefon do kieszeni i wyszedłem z zamiarem pójścia do sklepu.
 - Co Ty odpierdalasz? - zapytałem zdziwiony - Czy ja mówiłem niewyraźnie? Jedź sam, ja się nigdzie nie wybieram, możesz czekać nawet do usranej śmierci. Jutro normalnie idę do pracy, sorry... - pokręciłem głową i włożyłem ręce w kieszenie bluzy, człapiąc w kierunku sklepu.
 - Wolę czekać do usranej śmierci niż pojechać i zastać puste mieszkanie po powrocie - mruknąłem kuląc się trochę bardziej, bo zaczęło wiać. Niby przepowiadali ochłodzenie i ulewy, ale niezbyt im wierzyłem... - Myśl sobie co chcesz, ale mi na tobie zależy.
 Westchnąłem cicho opierając czoło o kolana i zamykając oczy. Śpiący trochę byłem, musiałem to przyznać. Nie spałem całą noc, tylko myślałem o Mayi modląc się żeby się zgodził. I nic z tego nie wyszło...
 Kupiłem więcej bułek, a gdy wyszedłem ze sklepu zaczęło kropić. Warknąłem cicho i otworzyłem drzwi auta, wkładając rękę do środka i zamykając dach.
 - Wysiadaj, chodź, zjesz kolację, a jak przestanie padać to wrócisz do domu - mruknąłem.
 Stanąłem przed już zadaszonym autem i czekałem aż wysiądzie.
 Z westchnieniem wyszedłem z auta łapiąc po drodze butelkę i mleko i poczłapałem za Mayą do mieszkania, gdzie od razu usiadłem na krześle przy biurku. W tej samej chwili mój mały głodomorek znowu się zbudził i zaczął wołać o jedzonko. Zaśmiałem się cicho i szybko podstawiłem mu znowu pełną butelkę, którą złapał łapkami i zaczął pić z zamkniętymi oczkami, jak taki słodki, mały dzidziuś.
 - No patrz skarbie, znowu tu jesteśmy - zamruczałem cicho patrząc rozczulony na wilczka - nie chcą nas tu a my i tak wracamy. Straszne z nas głupole, nie uważasz?
 Zaśmiałem się cicho i odstawiłem butelkę, kiedy tylko maluch zaczął odpychać ja łapkami. Odbeknął słodko i zasnął znowu, zazdrościłem mu takiego spokojnego snu.
 - Jeśli się go tak bardzo boisz i dlatego nie chcesz jechać, to po prostu skręcę mu kark - mruknąłem głaszcząc psiaczka i nie patrząc na Mayę - to będzie dla niego najlepsze, nie wiadomo, co by się z nim stało gdybym go zostawił. Już zdecydowałem, więc jeśli o to chodzi to po prostu powiedz.
 - Połóż go w drugim pokoju, tam masz wolne łóżko - mruknąłem, a kiedy go wyniósł ja poczłapałem z zakupami do kuchni.
 Rozpakowałem wszystko i zabrałem się za robienie kolacji, byłem cholernie śpiący, oczy dosłownie mi się zamykały. Zrobiłem kakałko i postawiłem je razem z kanapkami na stole. Kiedy Michael przyszedł, podsunąłem mu to i też zacząłem wcinać.
 - Dzięki - mruknąłem cicho zabierając się za jedzenie jakoś bez apetytu - smaczne...
 Westchnąłem ciężko biorąc w ręce ciepły kubek i grzejąc się od niego. Było duszno i jednocześnie chłodno, chujowa pogoda.
 - Tak myślę sobie... - Odezwałem się w końcu po nieznośnie długiej chwili milczenia - i doszedłem do wniosku, że za bardzo ci się narzucam. Za wszelką cenę próbuję cię nie stracić a nie pomyślałem o tym, że możesz mieć mnie dosyć. Okropny ze mnie egoista. W każdym razie ja będę się zbierał, nie mam na co dłużej czekać, wylatuję jeszcze dzisiaj. Dziękuję za kolacje.
 Wstałem od stołu i poczłapałem do pokoju ostrożnie podnosząc swojego zwierzaczka i przytulając go mocno. Tyle mi kłopotów narobił a ja i tak byłem w nim zakochany jak debil, mały słodziaczek.
 - Mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy - uśmiechnąłem się stojąc już w drzwiach - śpij słodko i nie lunatykuj za dużo, to niezdrowe.
 Kiedy tylko zamknąłem za sobą drzwi uśmiech momentalnie zniknął z mojej twarzy. Poczłapałem do auta, tak strasznie ciasnego, że aż zakręciło mi się w głowie, musiałem odczekać chwilę, żeby być w stanie w ogóle złapać oddech i odpalić silnik. Ale nie miałem na co dłużej czekać, praca wzywała.
 Westchnąłem ciężko i pokręciłem smutno głową zrozpaczony. To nie tak... nie przeszkadzał mi, miło było mieć z kim porozmawiać. Polubiłem go... ale ten wilk. Nie było szans, żebym jechał razem z nim, mimo to, nie chciałem, żeby go zabijał to było nie fair. Zamknąłem oczy, nie wiedząc, co robić. W końcu zrezygnowany włączyłem telefon, zrzuciłem dres i położyłem się spać.
 Nie wiem, jakim cudem udało mi się zajechać na lotnisko, cały czas robiło mi się słabo i miałem biało przed oczami, ale dałem radę. Westchnąłem ciężko słysząc, że i tak nie możemy wystartować, bo za mocno wieje, nie dziwiłem się w sumie, mało mi głowy nie urwało, kiedy wysiadłem z auta. Usadowiłem się w przestronnym pokoju w prywatnym samolocie i usiadłem na łóżku kładąc koło siebie wilczka i wlepiając wzrok w ekran komórki. Nie rozumiałem już nic z tego, co się działo, wszystko się pieprzyło, mimo że starałem się jak nigdy. Co z tym cholernym światem było nie tak?..
 "Strasznie wieje, musimy czekać zanim wystartujemy"
 Sam nie wiem, czemu nacisnąłem to cholerne "wyślij". Chyba po prostu nie miałem nic lepszego do roboty. Odłożyłem komórkę i poszedłem do łazienki, wymyłem się, przebrałem i położyłem w łóżku pod kołdra znowu łapiąc telefon i bawiąc się nim. Po godzinie takiego biernego leżenia wyprodukowałem kolejnego smsa.
 "Nie mogę zasnąć, zimno tutaj T.T"
 Westchnąłem ciężko przytulając do siebie wilczka i nasuwając sobie kołdrę prawie po sam czubek nosa. Na prawdę nie było najcieplej, w sumie to lodowato. Mogliby przynajmniej włączyć ogrzewanie skoro tu siedziałem...
 "Śpisz?"
 Chyba na prawdę coś było ze mną nie tak, że postanowiłem prześladować tego biedaka po nocach... A miałem dać mu spokój, nooo...
 Po 3 smsie nie wytrzymałem i złapałem telefon dzwoniąc do tego kretyna.
 - Już nie śpię - mruknąłem, ziewając przeciągle - Mówiłem Ci, że możesz zostać na noc, to tobie się spieszyło, kretyn...
 Pokręciłem głową, choć nie mógł tego zobaczyć. Wstałem z łóżka i zamknąłem okno, wzdychając cicho i nie wiedząc już, co mam robić, po prostu przysiadłem na łóżku.
 - Pseplasam - zaśmiałem się cicho siadając na łóżku i owijając się szczelnie kołdrą - nudzę się strasznie, wiesz? Jestem śpiący a nie mogę zasnąć, okropne.
 Ziewnąłem przeciągle i zamknąłem oczy tuląc wilczka, któremu pewnie też było zimno.
 - Co tam u ciebie? Dużo się zmieniło odkąd ostatnio się widzieliśmy?
 Zaśmiałem się cicho delikatnie przeczesując miękkie futerko dzieciaczka śpiącego sobie spokojnie, jakby nigdy nic, mimo że po chwili zacząłem bawić się jego łapkami i wpychać mu palec między ząbeczki.
 - Nic się nie zmieniło. Nadal nie chcę jechać, bo żal mi tego wilka i tyle. Nie pozwolę Ci go zabić, wybacz - ziewnąłem.
 Też wlazłem pod kołdrę i owinąłem się nią szczelnie, włączając sobie telewizor i skacząc po kanałach.
 - Beznadzieja... nie ma nic w telewizji - mruknąłem, wyłączając odbiornik i krzyknąłem przerażony.
 Zerwałem się jak poparzony z łóżka i zapaliłem światło, rozglądając się.
 - Ktoś jest w moim mieszkaniu - szepnąłem cicho, a po chwili upadłem ogłuszony przez napastnika na ziemię.

1 komentarz:

  1. noo nie to hańba przerywać w takim momencie ! zgłaszam to do prokuratury !
    -stała bywalczyni XD

    OdpowiedzUsuń