piątek, 24 lipca 2015

Psychodeliczne Y. rozdział V

 - Ja myślę, że mogę się zgodzić na twoją propozycję - szepnąłem okropnie zawstydzony, obejmując się rękoma i spoglądając na swoje stopy.
 Zastanawiałem się czy to aby na pewno dobry pomysł, ale już nic nie powiedziałem.
 - Chodźmy - uśmiechnąłem się ochoczo - Pozwalam się zabrać na randkę...
 Uśmiechnąłem się szeroko i podniosłem się z klęczek i pocałowałem go w czoło
 - Tylko posprzątam po obiedzie i już cię porywam - oznajmiłem zbierając talerze - ty gotujesz ja sprzątam, uczciwy układ tak myślę.
 Pomyłem szybko wszystkie naczynia, wytarłem je i poodkładałem na miejsce, po czym podałem chłopakowi dłoń wychodząc z nim z mieszkania.
 - Wiesz, w sumie nigdy nie zabierałem nikogo na randkę, więc może być ciężko - zaśmiałem się trochę zakłopotany - jesteśmy po obiedzie, więc restauracja odpada, lody też, bo co za dużo to nie zdrowo, ale za to do kina zawsze mogę cię porwać.
 Uśmiechnąłem się i usiadłem z nim na najbliższej ławce wyciągając komórkę i sprawdzając repertuary kin.
 - Na co masz ochotę? - Uniosłem brew czytając tytuły - komedia, komedia romantyczna, horror, musical... O, a tu nawet jakąś operę wystawiają... Jak pobiegniemy to zdążymy. Więc, co wybierasz?
 - Nie wiem na co, zaskocz mnie - uśmiechnąłem się, pstrykając go w nosek.
 Zamknąłem mieszkanie i zarzuciłem sobie plecak na plecy, dzisiejszy był w kształcie pandy i osobiście uważam, że był prze słodziutki. Oparłem głowę o jego ramię, czekając, aż się zdecyduje.
 - Pojedźmy nad rzekę, dawno nie byłem. Kupmy mnóstwo słodyczy i kolorowych napoi i usiądźmy na brzegu, mocząc stopy w strumyku.
 Uśmiechnąłem się i wsadziłem komórkę do kieszeni delikatnie głaszcząc go po główce.
 - Skoro lubisz być zaskakiwany, to zaskoczę cię i zaniosę nad rzekę na rękach - wyszczerzyłem się łapiąc go pod kolanami i plecami i wstając z ławki - kino zostawimy na kiedyś indziej. Albo pójdziemy do teatru, jeśli wolisz, nie za bardzo wiem, jaki masz gust.
 Zaśmiałem się i ruszyłem przed siebie uśmiechając się szeroko za każdym razem, kiedy ludzie patrzyli na nas w dziwny sposób, jakbyśmy jacyś nienormalni byli. W końcu wszedłem do małego, okropnie ciasnego sklepiku i od razu przecisnąłem się do działu ze słodyczami, po raz kolejny dzisiaj blednąc. Znowu miałem wrażenie, że się duszę, ale co mi tam, skoro Maya w takich miejscach czół się dobrze to jakoś musiałem to przeboleć.
 - Bierz, co chcesz, ja płacę - uśmiechnąłem się układając go tak, że mógł kłaść sobie wszystko na brzuchu. Potem jeszcze picie i do kasy - w spodniach, z tyłu po twojej stronie, mógłbyś wyciągnąć? - Uśmiechnąłem się słabo wyglądając przez okno żeby trochę sobie ulżyć.
 - Nie musisz tu ze mną wchodzić, ten sklepik jest naprawdę mały - uśmiechnąłem się, klepiąc go delikatnie po głowie.
 Wybrałem mnóstwo różnych pyszności, pocky, krakersy zwierzątka z czekoladą, suszone algi, z kwaśną śliwką, kulki kokosowe, chipsy, żelki i podróbki Kinder Bueno, które były smaczniejsze od oryginału. Położyłem to na kasie i wybrałem jeszcze kilka rzeczy do picia. Wyciągnąłem portfel Michaela i zapłaciłem, odkładając go z powrotem. Szybko wyszliśmy ze sklepu i skierowaliśmy się do rzeki.
 - Trochę mi głupio, że na pierwszą randkę idę w tym, w czym chodzę biegać - zarumieniłem się.
 Popatrzyłem na swoje krótkie spodenki w kaczuszki i krótką błękitną bluzkę na ramiączkach, odsłaniającą brzuszek i cienką bluzę pod kolor
 - Przecież wyglądasz w tym świetnie - uśmiechnąłem się szczerze biorąc głębokie wdechy żeby się uspokoić - mów co chcesz, ale według mnie jesteś mega słodki w tym wszystkim. No wiesz, taki mały cukiereczek, nic tylko schrupać.
 Złapałem go zębami za nosek i zaśmiałem się cicho poprawiając go w swoich ramionach. Na prawdę tak uważałem, całkowicie szczery byłem.
 - Wyglądasz trochę jak dzieciaczek, ale to ci dodaje uroku. Taki mały, niewinny brzdąc, trudno się powstrzymać przed skradnięciem ci pierwszego pocałunku.
 Uśmiechnąłem się delikatnie i wsunąłem się do troszkę większego sklepu, z ubraniami. Przełożyłem sobie chłopca do jednej ręki i znalazłem mu równie uroczą jak on czapkę z daszkiem, białą w małe, słodkie pandy. Zapłaciłem za nią i już z czystym sumieniem wyszedłem na ulice.
 - Przynajmniej już ci nie spali główki - stwierdziłem samemu mrużąc oczy przed słońcem.
 - Nie trzeba było - zaśmiałem się, zakładając mu czapkę na głowę, a ze swojej torby wyciągając chusteczkę w kaczuszki, którą zawiązałem na włoskach i okulary przeciwsłoneczne.
 - Siądźmy tam - wskazałem mu drzewo koło rzeki.
 Usiadłem z nim w cieniu i rozłożyłem ręcznik, który ze sobą nosiłem, żebyśmy mieli na czym usiąść. Od razu otworzyłem zwierzakowe krakersy i zacząłem wcinać z uśmiechem.
 - Wielkie, dzięki, ale trochę to za małe - zaśmiałem się cicho siadając koło niego i odkładając czapkę na bok - boże tak gorąącooo... Mogłem ubrać coś lżejszego.
 Walnąłem się na trawę rozkładając ręce i patrząc na ciemnozielone liście nad nami, przez które przebijały promienie słońca. Przy wodzie nie było aż tak źle, trochę chłodniej, ale i tak nie było jakoś super.
 - Jutro przyjadę do ciebie trochę później, znowu będę się licytował z klientami - uśmiechnąłem się obracając głowę w jego stronę - ale za to wpadniemy do ciebie do kawiarni. Będziesz jutro, co nie?
 Podkradłem mu trochę krakersów i zacząłem je wsuwać popijając różową oranżadą.
 - Jestem jutro od 14, do 18, w sumie to mam całkiem przyjemne godziny pracy, nie płacą źle, ale muszę sobie dorabiać, choćby tymi kwiatkami. Stypendium wystarcza mi tylko na czynsz i opłaty typu woda, gaz, a na jedzenie, czy jakieś moje fanaberie muszę pracować, a wszystko jest okropnie drogie - westchnąłem cicho i ściągnąłem chusteczkę, zakładając mu ją, a sobie zakładając czapkę.
 - Skoro teoretycznie jesteś moim chłopakiem, to w takim razie nie masz wyjścia jak tylko pozwalać się rozpieszczać bez protestowania, więc na razie nie masz co smutać - z uśmiechem złapałem go pod paszki i posadziłem sobie na biodrach uśmiechając się szeroko - to jak, w poniedziałek zabieram cię na zakupy? Muszę obczaić twój gust do wszystkiego, żeby wiedzieć, jakimi prezentami mam cię zarzucać.
 - Nie potrzebuję na razie niczego, poza tym znasz mój gust, uwielbiam wszystkie słodkie rzeczy - uśmiechnąłem się, otwierając żelki i popijając je jakimś błękitnym piciem o smaku jagód.
 - Poza tym to dopiero pierwsza oficjalna randka - zaśmiałem się - Ach no i wracając do tematu kino teatr, to wolę teatr, ale nie chodzę, nie jestem w stanie tam długo wysiedzieć...
 - Zajmiemy się tym - uśmiechnąłem się delikatnie podkradając mu żelki i podkładając sobie rękę pod głowę - wszystko, co słodkie powiadasz? Masz szczęście, że urodziłeś się w Japonii, to chyba najsłodszy kraj, jaki znam.
 Uśmiechnąłem się i delikatnie zdjąłem mu czapkę, w cieniu raczej by mu się nie przydała. Przeczesałem palcami jego włosy i zacząłem drapać go za uszkiem jak kota.
 - Strasznie mi się podobają twoje włosy - oznajmiłem szczerze tykając niesforne kosmyki - nigdy takich nie widziałem, są cudne. I widać cię przez nie z daleka.
 - Nie wiem czy to dobrze - zaśmiałem się cicho i rozłożyłem na nim wygodnie - A tak w ogóle to też sam szyję dużo rzeczy, tak jak te spodenki - wzruszyłem ramionami i zamknąłem oczka.
 - Możesz mnie głaskać, lubię to - ziewnąłem.
 Otworzyłem teraz chipsy i to je zacząłem wsuwać, mrucząc zadowolony, rzadko jadałem słodycze, nie chciałem przytyć.
 - A ja chyba lubię cię głaskać - uśmiechnąłem się szeroko głaszcząc go i patrząc jak wsuwa. Nawet nie miałem serca mu podjadać, wyglądał jakby na prawdę dawno nie jadł takich rzeczy. W końcu delikatnie pociągnąłem go na siebie, tak było wygodniej go głaskać. I nawet jego ciało wydawało się chłodniejsze od powietrza, strasznie przyjemne.
 - Nie przeszkadza ci to, co nie? - Zamruczałem zamykając oczy i ziewnąłem przeciągle - boże, jaki jestem śpiący... Jak zasnę to trzaśnij mnie porządnie, głupio mi, że tak przysypiam na randce z taką pięknością.
 Uśmiechnąłem się i delikatnie pocałowałem go w czoło nie przestając go głaskać i drapać za uszkiem.
 Lubiłem, gdy całował mnie w czoło, czułem się wtedy bezpieczny. Uśmiechnąłem się pod nosem, a gdy on oparł się o drzewo ja mogłem oprzeć się na nim całym ciężarem.
 - Jedz, nie mogę zjeść wszystkiego, bo utyję - pokiwałem poważnie główką, wciskając mu w usta kilka chipsów.
 Po chwili zeskoczyłem z jego kolan i ściągnąłem butki, wskakując do rzeki po kolana. Brnąłem miedzy kamyczkami, patrząc na niego szczęśliwy jak dziecko.
 Zaśmiałem się i sam też podwinąłem spodnie i zrzuciłem buty, wchodząc do wody za nim i zaczynając go chlapać po całym ciele. Nie powiem, trochę mnie to rozbudziło, zwłaszcza przyjemny chłód wody.
 - Ty mały... - Przetarłem twarz z wody, którą we mnie prysnął i zrobiłem złowieszczą minę - zaraz cię utopie, zobaczysz!
 Ze śmiechem skoczyłem na niego i porwałem go na ręce jak księżniczkę, żeby umoczyć mu tyłek w rzece. Kiedy już cale spodenki i pół koszulki miał mokre, ledwo żyjąc ze śmiechu posadziłem go sobie na przedramieniu jak dziecko i zacząłem otrzepywać go z wody.
 - Rany, czuję się jak dziesięciolatek - zaśmiałem się delikatnie czochrając mu włosy mokrą ręka.
 Roześmiałem się rozbawiony i zacząłem go chlapać po całym ciele. Ludzie patrzyli na nas zdziwieni, niektórzy też wchodzili do wody i się kąpali. Wyszedłem za nim z wody i ściągnąłem z siebie ciuchy, aż do bielizny, wykręcając je porządnie. Dobrze, że zostawiłem bluzę na brzegu, bo teraz mogłem ją założyć
 Z szerokim uśmiechem zrzuciłem z siebie podkoszulek wykręcając go tak, jak Maya i opadłem na ręcznik szczerząc się do chłopaka.
 - I co ja teraz włożę, co? - Zaśmiałem się patrząc na przemoczone całkowicie spodnie - mokroo mii, przez ciebiee!
 Złapałem go i wykorzystując resztki sił zacząłem tarmosić go okropnie, znowu śmiejąc się jak głupi. W końcu opadłem na trawę z ręka przerzuconą przez jego biodra, nie mając nawet siły się odsunąć.
 - Na prawdę mi mokro - zaśmiałem się cicho i złapałem za brzuch - i boli od śmiania się, to wszystko twoja wina, noo...
 Uśmiechnąłem się i poległem na plecach grzejąc się w słoneczku, przynajmniej nie było mi już tak gorąco, woda czyniła cuda.
 - To ściąg spodnie i rozłóż je na trawie jak ja swoje rzeczy - uśmiechnąłem się, kuląc pod bluzą i zamykając oczka.
 Przysypiałem co chwilę, wcinając jakieś słodycze od czasu do czasu i spoglądałem z uśmiechem na jego twarz.
 - Jutro po pracy możesz wpaść do mnie na obiad, jeśli masz ochotę, będę czekał - szepnąłem cicho.
 - Na pewno wpadnę - obiecałem i kiedy już moje spodnie leżały sobie rozłożone na trawce przytuliłem go delikatnie - chodź tu, bo cię przypiecze... Mogę tułać, co nie?
 Uśmiechnąłem się zamykając oczy i po raz kolejny pocałowałem go w czoło, nie odklejając już od niego warg. Tak było wygodnie, poza tym to chyba nic złego, co nie? Był taki mały, jakiś ojcowski instynkt się we mnie budził, kiedy go widziałem. Dziwne i głupie, ale co poradzić.
 - Możesz, możesz... - zaśmiałem się, spoglądając na zegarek - Za godzinę się zbieramy - ziewnąłem, nastawiając budzik.
 Dosyć szybko usnąłem i przespałem całą godzinę, ściskając w ramionkach swoją torbę, żeby nikt mi jej nie ukradł. Gdy zadzwonił budzik, obudziłem Michaela, ubrałem się i stanąłem nad nim gotowy do drogi.
 - Idziemy?
 Pokiwałem głową i zacząłem się ubierać w już suche rzeczy.
 - Chodź tu, zaniosę cię - z uśmiechem porwałem go na ręce i ruszyłem z powrotem do jego mieszkania - to co, dasz się namówić na jeszcze jedna randkę, co nie? Jutro będziemy świętować twoje idealne przygotowanie do kolokwium, więc odpada, ale pojutrze może teatr? I nie bój się, załatwię nam jakąś małą salę. Masz jakąś ulubioną sztukę?
 Z uśmiechem wsadziłem mu w raczki żelki i zacząłem wcinać, co chwilę pakując mu jakiegoś w usta.
 - Mogę się ewentualnie zgodzić na kolejną... A moja ulubiona sztuka jest Les Miserables - uśmiechnąłem się, przechylając delikatnie główkę.
 W końcu byliśmy już pod mieszkaniem, znalazłem klucze i wpuściłem nas do środka.
 - Chcesz coś zjeść? Mogę zrobić zapiekanki... - odłożyłem plecaczek na szafkę i poczłapałem do kuchni, wyciągając z bułki z chlebaka i składniki z lodówki
 - Mogę się zgodzić - zaśmiałem się cicho - mogę do łazienki?
 Kiedy pokiwał głową zniknąłem za drzwiami i szybko wybrałem odpowiedni numer przy okazji załatwiając swoją potrzebę. Kiedy już się dogadałem wyszedłem z łazienki i podszedłem do chłopaka obejmując go delikatnie od tyłu i zaglądając mu przez ramię.
 - W takim razie jutro świętujemy, a pojutrze porywam cię do teatru - zamruczałem obserwując jego dłonie z uśmiechem - masz ładne palce, wiesz? W ogóle, dłonie. Strasznie zgrabne. I wiesz co?
 Ostrożnie zabrałem mu nóż, którym kroił pieczarki i odłożyłem go, obracając chłopaka przodem do siebie i delikatnie odgarniając mu włosy z twarzy.
 - Nie mam ochoty na zapiekanki - zamruczałem cicho ostrożnie głaszcząc go po policzku - mam ochotę tylko na to, żeby cię pocałować. Pozwolisz?
 Powoli zbliżyłem twarz do jego twarzy tak, że nasze czoła i nosy się stykały. Patrzyłem mu w oczy spod przymrużonych powiek mając nadzieję, że nie wystraszę go takim nagłym wyznaniem.
 Obróciłem się gwałtownie, tyłem do niego, okropnie się przy tym rumieniąc i zakrywając usteczka dłonią. Kiedy trochę się uspokoiłem, bez słowa wróciłem do robienia zapiekanek. To było za wcześnie, może w ogóle miałem mu wskoczyć od razu do łóżka?! No trochę za wiele mu się wydawało, tak krótko się znaliśmy... Sam już nie wiem, nie chciałem jeszcze się całować
 - Przepraszam, nie powinienem tak nagle z tym wyskakiwać - uśmiechnąłem się ze smutkiem i zażenowaniem i delikatnie pogłaskałem go po głowie - będę się zbierał, musisz się dzisiaj wyspać, żeby jutro być w formie. Znajdę cię i odbiorę z uczelni. A zapiekanki zjem jutro, jeśli coś zostawisz. Dobranoc.
 Pocałowałem go w głowę i już nic nie mówiąc wyszedłem z jego mieszkania. Wsiadłem do auta wzdychając ciężko i podjechałem pod bar, w którym zawsze siadywał Maya z nocy. Miałem zamiar się uchlać, chuj z tym, że jutro miałem ważne spotkanie, poradzę sobie bez problemu, jak zawsze. Teraz trzeba było poużalać się nad swoją głupotą. Czemu tak głupio się zachowałem? Przecież wiedziałem, że to może być dla niego za wcześnie a i tak... Sam nie wiem, na co liczyłem, ale się przeliczyłem.
 Pokręciłem tylko głową i wstawiłem zapiekanki do pieca, a sam poszedłem się umyć. Wyszorowałem się porządnie i nastawiłem pranie, wracając do kuchni i zjadając kolację przed telewizorem. Pomyłem naczynia i jeszcze trochę się pouczyłem, po chwili usypiając twardo. Dziś w nocy, gdy się obudziłem, nie miałem ochoty się nigdzie szwendać, ciało Mayi nie odczułoby dzisiaj radości z seksu, możliwe, że wcale by mi nie stanął. Ku własnemu zdziwieniu wywiesiłem pranie i wróciłem do łóżka. Rano już, jako ja poszedłem biegać, potem uczelnia i egzamin, zostałem trochę dłużej, więc biegiem musiałem wpaść do kawiarenki.
 Czekałem na Mayę do samego rana, ale się nie doczekałem. Wprawdzie dosiadło się do mnie kilku gości, ale nie miałem ochoty na żadnego z nich.
 Rano do domu, przebrać się i umyć, wysłuchałem kazania Miyo na temat mojego dziecinnego zachowania, bo oczywiście musiała ze mnie wydusić, co zrobiłem i pojechałem do firmy. Stamtąd z klientami do kawiarni. Cudem udało mi się przez cały czas skupiać uwagę na tym, co mówię a nie na szukaniu wzrokiem czarnowłosej piękności.
 Trochę zajęło nam dogadanie się, ale w końcu pożegnaliśmy się, oni wsiedli do auta a ja popędziłem do kwiaciarni. Z tego, co pamiętałem Maya miał zaraz skończyć zmianę, musiałem się pospieszyć żeby zdążyć. Kupiłem wielki bukiet białych eutymii, purpurowo-białych glorioz i purpurowych goździków. Był na prawdę piękny, nawet mi się podobał. I tak cudownie pachniał...
 Pędem poleciałem pod mieszkanie chłopaka nie dając kwiaciarce nawet przyozdobić bukietu i jak zawsze usiadłem na oparciu ławki przy wejściu patrząc zawzięcie w bukiet, jakby to on było winny całej mojej głupoty. Miałem nadzieję, że chłopak nie minie mnie bez słowa i nie uzna za jakiegoś zboczeńca, który chciał go tylko wykorzystać. Wiem, że to mogło tak wyglądać, ale nie o to mi chodziło. Po prostu go lubiłem, bardzo. Chyba o wiele za bardzo.
 Starałem się nie zwracać uwagi na Michaela siedzącego przy stoliku i zajmowałem się klientami. W końcu moja praca dobiegła końca, przed budynkiem stał jakiś gość i wręczył mi czekoladki. Wziąłem je od niego dziękując i starając się go jakiś spławić. Pod moim blokiem stał Michael z naprawdę pięknym bukietem, westchnąłem cicho, patrząc na niego podejrzliwie i szukając kluczy w torbie. Podniosłem wzrok słysząc znajomy brzęk kluczy i uśmiechnąłem się delikatnie zeskakując z ławki.
 - I jak ci poszło?.. - Poczekałem aż otworzy drzwi i podałem mu bukiet, ale nie ruszyłem się nawet o krok do przodu - pewnie świetnie... Chciałem przeprosić za wczoraj, na prawdę mi głupio, nie chciałem żeby to tak wyszło. Wybacz, ja już będę... wiesz - pokazałem palcem przestrzeń za sobą - w razie czego masz mój numer, to dzwon.
 Westchnąłem starając się trochę odstresować i wsadziłem ręce do kieszeni wyjmując papierosa i odpalając go, już tyłem do chłopaka. Moje dłonie znowu wylądowały w kieszeniach a ja powoli ruszyłem przed siebie. Wątpiłem żeby chłopak chciał teraz wpuścić mnie do mieszkania, wolałem nawet nie pytać.
 - Wejdź do środka jak skończysz palić - mruknąłem cicho, odwracając głowę i wchodząc do środka.
 Włożyłem bukiet do wody i zabrałem się za przygotowanie obiadu. Czekoladki były całkiem w porządku, więc wrzuciłem je do curry, żeby nabrało delikatnie słodkiego zapachu, który tak uwielbiałem.
 Fajek prawie wypadł mi z ust, kiedy to usłyszałem. Uśmiechnąłem się delikatnie i szybko skończyłem palić, żeby móc wsunąć się do mieszkania za chłopakiem.
 - Jutro ja coś ugotuję, jeśli pozwolisz - uśmiechnąłem się siadając przy stole i patrząc na niego - głupio mi, że tak na tobie żeruje, odwdzięczyłbym się jakoś.
 Westchnąłem ciężko wbijając wzrok w blat. Coś mi mówiło, że przez moje głupie zachowanie nie będziemy już rozmawiać tak jak przedtem, i strasznie tego zmalowałem.
 - Więc jak ci poszło? - W końcu podniosłem na niego oczy - mam racje, że świetnie, co nie?
 - Nie przejmuj się, batoniki, których wczoraj nie zjedliśmy zostały moim dzisiejszym śniadaniem - uśmiechnąłem się delikatnie.
 - Dostałem dzisiaj czekoladki od jakiegoś gościa, dorzuciłem je do curry, więc mam nadzieję, że nie było otrute - zaśmiałem się rozbawiony.
 Nałożyłem nam na talerze sporą porcję i po dużej ilości ryżu na głowę do tego.
 - Smacznego...
 - Smacznego - uśmiechnąłem się radośnie na sam dźwięk jego śmiechu i zacząłem wsuwać z apetytem, prawie się dławiąc - o której jutro kończysz? Bo wpadam po ciebie i cię porywam, więc wiesz, muszę się przygotować, a mam sporo papierkowej roboty do odwalenia, wolałbym się nie spóźnić. Noo, i powiedz wreszcie jak z tym programowaniem, bo umieram z ciekawości. Były jakieś dziwne pytania z kosmosu, czy tylko normalne?
 - Nie były jakieś najgorsze, dałem radę, dobrze, że przećwiczyliśmy, bo było by słabo... - ziewnąłem.
 Kiedy skończyłem jeść, zacząłem się czuć jakoś dziwnie. Było mi równocześnie gorąco i zimno, a przed oczami robiło mi się ciemno. Osunąłem się na ziemię, nie wiedząc, o co chodzi i patrzyłem nieprzytomnie po pokoju.
 - Maya? - Podskoczyłem przerażony z krzesła i złapałem go, przytulając do siebie i patrząc mu w oczy - ej, wszystko w porządku? Boże święty, Maya, co ci jest?
 Odgarnąłem mu włosy z twarzy przykładając rękę do czoła. Nie miał jakiejś wysokiej gorączki, po prostu był rozgrzany.
 - Chodź, połoz się - podniosłem go z ziemi nie mając pojęcia, co zrobić i położyłem go na łóżku - wszystko dobrze? Mam zacząć panikować czy jeszcze się powstrzymać?..
 - Nie wiem, dziwnie się czuję... - szepnąłem cicho, zamykając oczka.
 Zacisnąłem ręce na jego koszuli i zacząłem dyszeć ciężko, mrugając oczami lekko zdziwiony. Po chwili otworzyłem zdziwiony usta i jęknąłem cicho, zwijając się w kłębek.
 Sam nie wiedziałem co się dzieje, ale zaczynało robić mi się dobrze, a moja skora paliła pod jego dotykiem
 - Maya? Skarbie, co się dzieje? - Jęknąłem zrozpaczony patrząc na nasze talerze w kuchni. Może te czekoladki na prawdę były zatrute?.. Mata zjadł prawie wszystko, ja najpierw pochłonąłem ryż i zdążyłem tylko spróbować curry... Może dlatego dopiero teraz lekko zakręciło mi się w głowie i poczułem to znajome ciepło rozchodzące się po ciele.
 - Boże, niee... - Jęknąłem zrozpaczony zaciskając powieki i zaciskając palce na pościeli. Czemu przy nim?.. Czemu przy jedynej osobie na święcie, przy której chciałem się powstrzymać i której nie chciałem zaciągnąć do łóżka dopóki ona sama sobie tego nie zażyczy?..
 - Już dobrze kocie - uśmiechnąłem się słabo głaszcząc chłopca po głowie - nie umrzesz od tego. W tych czekoladkach musiało być coś, co... no wiesz... - Delikatnie dotknąłem jego krocza przez materiał spodenek - niedługo powinno przejść.
 Przełknąłem głośno ślinę i zacisnąłem zęby jakimś morderczym wysiłkiem odsuwając od niego dłoń.

1 komentarz:

  1. ahh genialne nie moge sie doczekać kontynuacji :D

    OdpowiedzUsuń