wtorek, 21 lipca 2015

Psychodeliczne Y. rozdział IV


 Uśmiechnąłem się i złapałem chłopaka sadzając go sobie na kolanach i od razu wsuwając mu palce pod koszulkę.
 - Dzisiaj tylko raz i idziesz spać - zamruczałem zaczynając szczypać jego sutki - nie mów mi, że nie czujesz jak zmęczony jesteś, bo ci nie uwierzę. Musisz czasem spać, wiem, że nie jesteś zadowolony z tego, że to na twoja zmianę przypada sen, ale co poradzić.
 Wpiłem się w jego usta nie dopuszczając go do słowa i wsuwając mu w tyłek palce, zaczynając rozciągać go powoli, delikatnie.
 - Kretyn - mruknąłem, nieświadomie podstawiając tyłeczek - Podobam Ci się w tym cukierkowym stroju, może chcesz, żebym go udawał?- zaśmiałem się rozbawiony i pociągnąłem go na łóżko.
 Usiadłem mu na biodrach, opierając ręce po obu stronach jego głowy i patrząc z dzikim uśmieszkiem w jego oczy.
 - Wybacz, ale muszę Ci wystarczyć ja - wpiłem się brutalnie w jego usta.
 - Wystarczasz w zupełności - zamruczałem zanim znowu zaczęliśmy się całować i wysunąłem z niego palce łapiąc go za biodra i nabijając na siebie. Stanął mi już na sam jego widok, nie wiem jak to możliwe. Był tak dobry, że doprowadzał mnie do szaleństwa, nie potrafiłem się przy nim powstrzymać.
 Po chwili chłopak wylądował pode mną rznięty mocno i obcałowywany po całym ciele, głaskany i pieszczony na każdy możliwy sposób jaki znalem. Było mi tak dobrze, ruchy jego bioder były tak idealne, że musiałem zacisnąć zęby żeby nie zacząć jęczeć jak jakaś niewyżyta dziwka.
 Zawarczałem zadowolony, obejmując go za szyje i wbijając paznokcie w jego plecki. Gryzłem go po szyi, jęcząc i ruszając tyłeczkiem. Pieprzyliśmy się jakąś godzinkę, gdy w końcu skończył, objąłem go mocno i sam doszedłem.
 - Jesteś świetny, chodźmy się umyć... - polizałem go po policzku, wysuwając się spod niego i idąc do łazienki.
 - A potem spać, zgoda? - Uśmiechnąłem się i złapałem go, zakorkowując mu tyłek palcem - nie brudzimy pościeli, chyba, że masz drugą taką.
 Złapałem go i zaniosłem do łazienki włażąc z nim do wanny i dopiero tam pozwalając spermie spływać po jego udach. Wymyłem się szybko, pomogłem jemu i zaniosłem go z powrotem do łóżka, samemu sadowiąc się na fotelu.
 - Mówiłem już, że jesteś na prawdę dobry? - Zamruczałem patrząc na niego z uśmiechem i czując, jak oczy mi się zamykają - ale lepiej żebyś więcej spal, bo w końcu nie będziesz miał siły na seks i będziemy mieli problem.
 - Chyba coś tam kiedyś wspominałeś - zaśmiałem się, kładąc tak jak ten drugi ja lubił.
 Usnąłem prawie od razu, wtulając się w kołderkę i mrucząc przez sen. Przespałem aż do budzika, kiedy otworzyłem oczka on nadal tutaj był. Zaśmiałem się rozbawiony i poszedłem się ogarnąć, po czym wyszedłem pobiegać. Wróciłem spocony po jakiejś godzinie i wskoczyłem pod prysznic, z przyzwyczajenia zapominając zamknąć drzwi.
 Kiedy usłyszałem że wrócił, sam też wstałem i szybko przygotowałem mu śniadanie, znalazłem nawet trochę czekolady, więc zrobiłem mu ja na ciepło do picia.
 - Ładnie wyglądasz - uśmiechnąłem się siedząc w sypialni z tacą na kolanach, kiedy chłopak nago wyszedł z łazienki - ten strój chyba najbardziej ci pasuje - odwróciłem wzrok nie chcąc wpędzać go w większe zakłopotanie - przygotowałem ci śniadanie, jeśli masz ochotę, jedz póki cieple. I jak się spało?
 Zakryłem się mega zawstydzony i szybko przeszedłem do szafy. Wciągnąłem na tyłek koronkowe bokserki w miętowym kolorze, do tego spodenki pod kolor, na górę za to założyłem biały koronkowy podkoszulek, haftowany w miętowe kwiatuszki. Usiadłem na brzegu łóżka i zacząłem wcinać, patrząc na niego troszkę zły.
 - Nie mówi się ludziom takich rzeczy…
 - To nie ja wybiegłem z łazienki na golasa - przypomniałem rozbawiony patrząc jak je z zapałem - zaproponowałbym, że podwiozę cię do pracy a potem z niej odbiorę, co ty na to? Jest strasznie gorąco, będzie się z ciebie lało zanim włożysz sukieneczkę a to chyba nie jest pożądana rzecz, prawda? Zabiorę cię gdzieś na obiad, więc nie masz się czym martwic, dzisiaj cały dzień powtarzamy, żebyś w poniedziałek umiał wszystko i jeszcze więcej.
 Pogłaskałem go delikatnie po główce patrząc z uśmiechem jak wcina. Strasznie słodki, nawet jadł w słodki sposób. Na prawdę dostawałem na jego punkcie fioła, noo...
 - Nie musisz, po pierwsze... poczęstuj się, a po drugie to powinieneś jechać do domu, ukąpać się, przebrać, może trochę przekimać. Kończę o 12, a w pracy jest prysznic. Poza tym nie pocę się jakoś bardzo, w sumie to tylko podczas biegania, a tak to nie - uśmiechnąłem się kończąc jeść i wypijając czekoladę.
 - Poza tym za długo siedzisz u mnie w pracy, całe pieniądze tam przepuścisz, to droga knajpa...
 - Nie martw się o mnie głuptasie, lepiej zajmij się sobą - podniosłem się z łóżka i szybko pomyłem po śniadaniu, odkładając naczynia na miejsce - w takim razie wpadnę po ciebie o 12 i znowu pozwolę sobie cię uprowadzić. Jest za 20 10, nie powinieneś przypadkiem wychodzić?
 Uśmiechnąłem się delikatnie zbierając swoje rzeczy i pudełko z jego mangami i kierując się do drzwi. Boże, na śmierć zapomniałem, że zostawiłem auto pod kawiarnią, więc tak czy inaczej szliśmy w tym samym kierunku.
 Szybko doszedłem do kawiarenki i przebrałem się w strój pokojówki. Poszedłem na salę i zacząłem obsługiwać klientów. Szybko poszło, czas naprawdę mi zleciał. Jak wyszedłem to Michaela nie było, więc poszedłem do domu.
 - Cześć piękności - uśmiechnąłem się wstając z ławeczki przed klatką i podchodząc do niego - wybacz spóźnienie, ale nigdzie nie mogłem takich znaleźć, trochę mi to zajęło.
 Z uśmiechem wręczyłem mu wielki bukiet goździków w kolorach pasteli. Były na prawdę piękne, jak pastelowa tęcza, miałem nadzieję, że wynagrodzą chłopakowi moją nieobecność.
 - Pozwolisz zabrać się do restauracji, czy może wolisz wpaść do mnie? Kucharka już szykuje obiad tak na wszelki wypadek.
 - Są piękne - zamruczałem cicho, obwąchując kwiateczki - Możemy jechać do Ciebie, tylko odstawię je do wody.  Odwieziesz mnie wieczorem? - uśmiechnąłem się delikatnie.
 Co prawda jutro była niedziela i miałem wolne, no ale co tam, wolałem spać u siebie w domu, jakoś mimo wszystko nie lubiłem u kogoś nocować, nie podobało mi się to, ani trochę. Nie mogłem usnąć w nowym miejscu i bardzo się denerwowałem.
 - Jeśli tylko będziesz chciał, nie ma sprawy - uśmiechnąłem się delikatnie i zabrałem mu z rąk klucze, bo zza olbrzymiego bukietu mało co widział. Otworzyłem przed nim jedne drzwi, potem drugie.
- Cieszę się, że ci się podobają - z rozmarzeniem patrzyłem jak chłopak odstawia bukiet do wody - lubisz kwiatki z tego co widzę, więc pewnie spodoba ci się wokół mojego domu. Mam taki wielki ogród, cztery hektary kwiatków, chociaż sam za nimi nie przepadam. Jakoś tak się namnożyły i nie mam serca się ich pozbyć. Chodź, zapraszam do auta.
 Wyciągnąłem do niego rękę czekając aż ja złapie. Dziwne, ale strasznie swobodnie się przy nim czułem. Jakbyśmy znali się od zawsze, a nie od trzech dni.
 - Już... poczekaj, zaraz - uśmiechnąłem się, wkładając kwiaty do wody i wymieniając wodę innym.
 Podlałem resztę kwiatków i chwyciłem torbę, zarzucając ją na ramię. Poczłapałem do drzwi i stanąłem obok mężczyzny z uśmiechem.
 - Muszę podjechać na pocztę... wziąłem jakieś rzeczy gdybym został na noc, ale mimo wszystko wolę wrócić - uśmiechnąłem się delikatnie.
 - Jeśli będziesz chciał wrócić to nie ma sprawy, odwiozę cię, z tym nie będzie problemu - z uśmiechem zabrałem mu torbę i złapałem go za rękę - czyli na pocztę, chodź.
 Pociągnąłem go do samochodu i szybko zajechałem pod najbliższą pocztę, wysadzając chłopaka i czekając na niego. Kiedy wrócił od razu podstawiłem mu pod nos dwa rożki z lodami.
 - Czekoladowy czy malinowy? - Uśmiechnąłem się szeroko - jest tak gorąco, że lody stanowczo się przydadzą, nie uważasz?
 Przechyliłem głowę patrząc na niego zaciekawiony. Miałem nadzieje, że chociaż z jednym smakiem trafiłem.
 - Malinowy - uśmiechnąłem się szczęśliwy, biorąc od niego rożka i otwierając go.
 Zamruczałem zadowolony, wcinając te pyszności i starając się nie polać. Po chwili byliśmy już na miejscu, wysiadłem z auta, zarzucając swój mały plecak na plecy i powoli zlizując lody, bo pociekły mi po całej dłoni. Wyglądałem zupełnie jak dziecko, które nie umie jeść, chociaż ciuchy miałem czyste.
 - Oj, ty mały łobuzie - zaśmiałem się delikatnie biorąc w dłonie jego łapeczkę i wylizując ją dokładnie, jak dziecku - chodź do ogrodu, zaraz przyniosą nam jedzonko.
 Zabrałem mu plecaczek i postawiłem go w ładnym, drewnianym ganku, objąłem chłopca w pasie i zaprowadziłem go na tyły domu. Jak okiem sięgnąć roztaczał się przed nami widok kwiatowego pola, pełnego pszczół i trzmieli, kolorowych motyli a nawet dziwnych koliberków, które zawisały nad wielkimi, barwnymi kielichami i piły z nich całymi stadami. Między tym wszystkim stała zacieniona przez drzewa altanka porośnięta bluszczem, gdzie na drewnianym stole już stał nasz obiad i pachniał pysznie.
 - Nie krępuj się, czuj się jak u siebie w domu - uśmiechnąłem się i podszedłem z nim do małego stawu dla żab zaraz koło altanki, z małym wodospadzikiem. Przepłukałem w nim ręce i w nagłym napadzie głupoty prysnąłem w chłopaka wodą, śmiejąc się jak debil.
 Nadąłem policzki, czując jak mnie moczy i prysnąłem w niego wodą, śmiejąc się rozbawiony. Ogród był naprawdę piękny, ale dom...może i był ładny, ale był okropnie przytłaczający, no masakra jakaś. Ja nie wiem jak można mieć tak ogromny dom, ja miałem dwupokojowe mieszkanie  i to już było dla mnie za dużo.
 - Zjedzmy obiad i zabierzmy się do nauki, czym szybciej skończymy tym lepiej - uśmiechnąłem się, podnosząc z ziemi i ciągnąc go do stołu.
 - Tak jest - zaśmiałem się rozbawiony i usiadłem na ławce pakując sobie całą masę różnych pyszności na talerz. Miyo przygotowała chyba wszystko co się dało, jak zawsze pyszne. Kotleciki, ryba, pieczone ziemniaki, onighiri z kurczakiem, fasolka, nawet kukurydzę nam ugotowała, ale wszystko w takich ilościach żebyśmy byli w stanie to zjeść. Do tego świeżutka oranżada i lody w pucharkach obok.
 - Masz laptopa czy przynieść swój? - Uśmiechnąłem się do niego - na czysto się źle ćwiczy, lepiej mieć wszystko przed sobą i na to patrzyć, nie uważasz?
 - Mam wszystko ze sobą - wyciągiem z plecaka laptopa i otworzyłem go.
 Zjadłem trochę ziemniaków, pół kotleta i jedno onighiri. Wytarłem usta serwetką i odsunąłem talerz, odpalając laptopa. Wpisałem hasło i otworzyłem program.
 - Jak nudziło mi się na wykładach to zanotowałem kilka rzeczy, których nie rozumiem - pokazałem mu, o co mi chodzi
 Pokiwałem głową i usiadłem koło niego patrząc na ekran i szybko ogarniając jego notatki.
 - W gruncie rzeczy to nie takie trudne, popatrz - posadziłem go sobie na kolanach żeby mieć lepszy dostęp do komputera i zacząłem mu wszystko tłumaczyć, tak prosto, że nawet, gdyby nigdy nie uczył się programować, na pewno by zrozumiał.
 W końcu zacząłem z nim rozmawiać jak programista z programistą, wypytywałem o różne rzeczy i wtrącałem czasem jakąś ciekawostkę, kiedy nie wiedział, co odpowiedzieć na moje pytanie nakierowywałem go tak, że w końcu sam znajdował odpowiedź. W końcu powtórzyliśmy cały materiał, a nawet trochę więcej.
 - Proszę wybaczyć, przyniosłam coś do przekąszenia - starsza kobieta w tradycyjnym stroju skłoniła się przed nami z uśmiechem stawiając na stole wielka michę z najróżniejszymi owocami, od jagód po ananasa - tak długo rozmawiacie, że pewnie zaschło wam w ustach, a owoce są jeszcze leprze niż oranżada.
 - Miyo, jesteś kochana - oznajmiłem szczerze chwytając pomarszczoną dłoń i całując ją z szacunkiem - na prawdę najlepsza kucharka na całym święcie.
 - Wiem, wiem, ty sobie lepiej znajdź dziewczynę a nie, będziesz prawić komplementy staruszce - kobieta zaśmiała się rozbawiona i rozczochrała mi włosy.
 - Właśnie prawię komplementy najwspanialszej kobiecie na święcie - stwierdziłem z uśmiechem, na co ta tylko znowu zaczęła się śmiać i kręcąc głowa zabrała talerze i zniknęła w domu - na prawdę wspaniała kobieta - uśmiechnąłem się do Mayi zaczynając wcinać owocki - ma już ponad 80 lat, a nie chce przejść na emeryturę. Tyle razy jej już proponowałem, tyle razy mówiłem, że przecież nie ma problemu z tym, żeby dalej tu mieszkała, że pracowała tu tak długo, że będę jej płacił nawet jak przestanie pracować, ale ona nie, uparła się jak osioł, no. Nawet pomocy żadnej nie chce.
 Westchnąłem ciężko i oparłem brodę na dłoni przeglądając jeszcze notatki chłopaka i sprawdzając, czy aby na pewno niczego nie opuściliśmy, ale okazało się, że Maya wszystko umie perfekcyjnie.
 Uśmiechnąłem się zadowolony, widząc, że wszystko już zrozumiałem i jeszcze nie było późno. Zsunąłem się z jego kolan, zamykając komputer i chowając go do plecaka.
 - Dziękuję Ci za pomoc, naprawdę nie wiem, co bym bez Ciebie zrobił - uśmiechnąłem się, pakując wszystko z powrotem do plecaka i zakładając go na plecy - Mogę prosić o odwiezienie do domku? - zapytałem cicho, rumieniąc się delikatnie.
 - Heej, serio już chcesz wracać? - Uniosłem brwi patrząc na niego na prawdę zawiedziony - przecież jutro niedziela, nie pracujesz, prawda? Nie spiesz się tak, posiedź jeszcze trochę. Miyo będzie niepocieszona jak nie zjesz tego, co przyniosła. Przynajmniej maliny.
 Uśmiechnąłem się zachęcająco wskazując miskę z owocami. Jak to tak, że już sobie jedzie? Przecież nawet nie posiedział za długo... Byłem niepocieszony, moje mentalne kocie uszy zwiesiły się z rezygnacja a ogon podkulił. Czułem się jakbym dostał kosza, noo..
 - Przepraszam... tu jest bardzo ładnie, naprawdę, ale nie czuje się tu za dobrze. Masz taki ogromny dom to trochę, po prostu wolę wrócić, nie chcę tu zostać. Przepraszam - spuściłem wzrok i złapałem maliny, wcinając je i idąc powoli w kierunku wyjścia.
 - Proszę, zostań, chociaż chwilkę - złapałem go za rękę podnosząc się i patrząc mu prosząco w oczy - tylko troszkę, możemy się przespacerować po ogrodzie, z dala od domu, jeśli tak wolisz. Noo, nie bądź okropny...
 Chcąc za wszelką cenę zatrzymać go chociaż na chwilę objąłem go delikatnie w pasie przytulając do siebie i trącając nosem te słodziaśne uszka na jego głowie.
 - Dobrze już dobrze, niech już będzie... - westchnąłem cicho - Ale tylko na chwilkę - uśmiechnąłem się delikatnie.
 Uciekłem z jego ramion i stanąłem obok, przechylając główkę na bok i mrużąc oczka.
 - Chcę wrócić przed zachodem słońca, dobrze? - złapałem go za rękę i zacząłem ciągnąć w głąb ogrodu.
 Chciałem wszystko zobaczyć, było tu całkiem ładnie.
 - Tak jest, przed zachodem - odetchnąłem z dziwną ulgą i zacisnąłem lekko palce na jego małych paluszkach uśmiechając się radośnie - nie chcę mi się nigdzie jechać ani zostawać samemu, jesteś teraz moim jedynym ratunkiem - zaśmiałem się cicho prowadzać go wąską ścieżką w głąb ogrodu - sorki, musisz się głupio przeze mnie czuć... Przesadziłem z tym trzymaniem cię na siłę. Chodź, siądziemy sobie.
 Pokazałem palcem mały punkcik na górce. Obrośniętą kwiatami huśtawkę ustawioną przy źródełku, w najładniejszej części ogrodu.
 Usiadłem na huśtawce i uśmiechnąłem się delikatnie, rozglądając po ogrodzie. Po chwili moje oczka się przymknęły, a ja osunąłem się na jego ramię i usnąłem twardo. Miałem tylko nadzieje, że Michael postanowi mnie obudzić, nie chciałem zostawać tutaj na noc, nie podobało mi się to miejsce, ani trochę.
 Uśmiechnąłem się delikatnie i posadziłem go sobie na kolanach huśtając się z nim przez chwilę. W końcu słońce zaczęło niebezpiecznie chylić się ku zachodowi, wstałem i pozbierałem jego rzeczy, wpakowałem nas do samochodu i z chłopakiem na kolanach pojechałem do miasta. Wygrzebałem jego klucze z torby i ostrożnie, nie chcąc go zbudzić zaniosłem go do jego łóżka, delikatnie przebrałem w piżamę i przykryłem kołdrą, uśmiechając się bez ustanku. Uchyliłem okno, bo było strasznie duszno i pocałowałem chłopaka w czoło, tak na pożegnanie. Ostatnio zawsze tak robiłem kiedy się z nim widziałem, głupie.
 W końcu zatrzasnąłem drzwi i wróciłem do siebie. Miyo już czekała na mnie z kolacją i oznajmiła, że dostałem jakaś robotę. Spoko, przynajmniej nie będę się nudził w nocy. Ten drugi Maya też powinien ode mnie odpocząć, w końcu chyba właśnie to lubił, puszczać się z kim popadnie. Tak z jedna osoba musiało mu być nudno.
 Wpakowałem się do auta i wymieniłem kartę w telefonie, po czym ruszyłem szybko czytając smsa i mając nadzieję, że zdążę do rana, żeby móc znowu uraczyć Mayę kwiatami.
 Obudziłem się po zachodzie słońca, wskoczyłem w ciuszki i pobiegłem do klubu, ale jego tam nie było. Jakiś facet postawił mi drinka i poszliśmy do hotelu, ale kiedy ściągnął spodnie po prostu wyszedłem. Wróciłem zmarnowany do domu, wziąłem prysznic i wskoczyłem w piżamkę, kładąc się od razu do łóżeczka i odpływając. Spałem sobie smacznie aż do budzika, w końcu obudziłem się wyspany. Wysunąłem się z łóżka i wskakując w dres wyszedłem pobiegać.
 - Po co ty biegasz, co? - Uśmiechnąłem się wstając z oparcia ławki przed jego klatką i podając mu bukiet różowych lilii - przecież wyglądasz cudownie, po co się tak katować? Wyszczerzyłem się szeroko przechylając głowę. Byłem w wyśmienitym humorze, tak genialnym jak rzadko kiedy. Zdążyłem nawet jechać do domu, wziąć prysznic i przebrać się w jeansy i zwykły podkoszulek, no nic tylko się cieszyć.
 - Masz wolne, prawda? Więc mogę cię porwać na cały dzień? Co powiesz na wesołe miasteczko? Wyglądasz na kogoś, kto lubi takie miejsca.
 Z radością wyciągnąłem rękę mając nadzieję, że się zgodzi albo przynajmniej zaproponuje coś innego.
 - Biegam, żeby utrzymać formę - uśmiechnąłem się, biorąc ten cudny bukiet do rąk - Nie możesz mi codziennie kupować kwiatów... nie mam tyłu wazonów - zarumieniłem się okropnie.
 - A co do wesołego miasteczka to mam lęk wysokości, więc większość atrakcji odpada, ale za to możemy iść... nie wiem gdzie, ale na pewno nie do ciebie - zaśmiałem się.
 - Okropny jesteś - zaśmiałem się rozbawiony i objąłem go w pasie - w takim razie idziemy kupić wazony. Będą ci potrzebne, dużo wazonów. Ja stawiam, że to tak ujmę.
 Pokiwałem poważnie głową i zabrałem mu klucze otwierając przed nim drzwi.
 - Na prawdę mam aż tak okropny dom? - Uśmiechnąłem się opierając się o futrynę i patrząc jak szuka wazonu - może od zewnątrz wygląda na duży, ale jak wejdziesz do środka to jest lepiej. Tym bardziej, że służba ma do dyspozycji prawie połowę, kilka pokoi jest zamkniętych, więc na prawdę nie jest źle. Już?
 Kiedy postawił kwiatki w wodzie znowu złapałem go za rękę i zamknąłem za nami drzwi, odkładając klucze na swoje miejsce w jego torbie, która wisiała teraz na moim ramieniu. Co będzie dzieciak nosił i psuł sobie kręgosłup.
 - Słyszałeś o strachu przed nadmiarem przestrzeni? - zapytałem cicho, uśmiechając się delikatnie - Dlatego nie chodzę do dużych sklepów, uczęszczam na małą uczelnię, choć dostałem się na najlepszą w kraju. Moje mieszkanie jest tylko 2 pokojowe, a ja już czuję się w nim nieswojo.
 Wyszedłem za nim z mieszkania i chwyciłem go pod rękę, uśmiechając się smutno.
- Nie jesteś zły, prawda?
 - O co? - Uniosłem brew patrząc na niego zdumiony - każdy ma jakąś fobię. Ja na przykład piekielnie boję się małych przestrzeni. Gdybyś zamknął mnie w klatce udusiłbym się, serio. Nawet gdybym przez kratki widział wielką łąkę czy coś. Dlatego jeżdżę kabrioletami, w zimie mam problemy.
 Zaśmiałem się drapiąc się po głowie zażenowany. Nie lubiłem mówić o swoich słabych stronach, ale nie chciałem żeby chłopak czul się nieswojo. On się przede mną otworzył, więc czemu ja nie mógłbym zrobić tego samego w stosunku do niego?
 - Współczuję - poklepałem go po ramieniu i zatrzymałem się przed drzwiami ogromnego hipermarketu.
 Pokręciłem głową i cofnąłem się, rozglądając po placu.
 - Zamówmy przez internet, co? - uśmiechnąłem się.
 Naprawdę nie chciałem tam wchodzić, to nie było śmieszne no... ani trochę, to tak jakbym ja kazał mu wejść do klatki, albo czegoś w tym stylu.
 - Tu na prawdę nie jest źle, wiesz? - Uśmiechnąłem się i pociągnąłem go do okna wskazując wnętrze - widzisz? Wszędzie są regały, strasznie mało przestrzeni do ruszania się. Nie masz się czego bać, skoro ja w środku czuję się źle to dla ciebie powinno być idealnie, nie uważasz? Dasz radę, zobaczysz.
 Delikatnie zacząłem głaskać go po głowie patrząc w piękne, fioletowe tęczówki. Rozumiałem go, na prawdę. Ale w środku było tak ciasno, że nie było szans żeby się bał, kiedy tam wejdzie.
 - No dobra - złapałem go mocno za rękę i pozwoliłem wprowadzić się do środka.
 Sklep był ogromny, ale rzeczywiście było w nim jakby tak ciasno. To było przyjemne uczucie. Szybko znalazłem wazony i wybrałem kilka, oczywiście te jak najbardziej słodziutkie się dało i poszedłem z nimi do kasy. Wyciągnąłem mój piękny portfelik z plecaka i czekałem, aż pani podliczy wszystko.
 - Powiedziałem, że ja funduję, prawda? - Uśmiechnąłem się trochę blady, delikatnie wsuwając jego rączkę z powrotem do torby - to przeze mnie musisz je kupować. Ale portfel masz ładny, przyznaję.
 Pogłaskałem go po głowie i wyciągnąłem kartę płacąc za wszystko. Kiedy kobieta spakowała wazony wyszedłem szybko i odetchnąłem głęboko, powoli nabierając kolorów. Boże, na prawdę pasowałoby mi iść do jakiegoś psychiatry czy co, z tym się żyć nie dało.
 - To lecimy do ciebie to zostawić i gdzieś cię zabiorę - uśmiechnąłem się delikatnie zginając rękę w łokciu żeby chłopak miał się czego chwycić - ale najpierw lody, co ty na to?
Zaprowadziłem go do małej lodziarni i zacząłem wybierać sobie smaki, chwytając trzy płócienne siatki jedną ręką, w końcu musiałem czymś jeść.
 Pomogłem mu wsiąść siatki i to ja zapłaciłem za lody. Wsiedliśmy do auta i skonsumowaliśmy swoje pyszności, po czym zajechaliśmy do mnie.
 - Jest tak gorąco... wejdźmy do mnie - uśmiechnąłem się, wysiadając z siatkami.
 Z jego pomocą dotarłem do swojego mieszkania, wypakowałem zakupy i włączyłem klimatyzację. Wyciągnąłem z lodówki arbuza i pokroiłem go, układając na talerzu
 - Jesteś kochany - uśmiechnąłem się łapiąc kawałek arbuza i wcinając z apetytem, plując pestkami przez okno. W końcu z podstępną miną podszedłem do parapetu i zacząłem strzelać pestkami w przechodniów chowając się zanim zdążyli podnieść głowy i prawie pękając ze śmiechu.
 - Debil ze mnie - zaśmiałem się, kiedy skończyła mi się amunicja i znowu wziąłem gryza, połykając miąższ i zostawiając sobie pestki. Znowu się wychyliłem i jak jakiś dzieciak zacząłem celować w tych biednych, bogu ducha winnych ludzi mając przy tym taki ubaw, że prawie tarzałem się po podłodze ze śmiechu.
 Śmiałem się rozbawiony, patrząc na to, co robi. W końcu poczłapałem do kuchni i szybko odgrzałem obiad, który ugotowałem. Nałożyłem nam na talerze i zaniosłem je do pokoju, częstując go z uśmiechem.
 - Pytałeś mnie kiedyś dawno czemu nie mam dziewczyny. No, więc... nigdy nie pociągały mnie kobiety, mam skłonność do przystojnych mężczyzn, ale chłopaka też nie miałem.
 Odwróciłem się do niego zdziwiony i wyplułem za okno resztę pestek odkładając skórkę na talerz i wycierając usta.
 - Jesteś śliczny, nie rozumiem, czemu jeszcze nikogo sobie nie znalazłeś - uśmiechnąłem się siadając przy stole i wąchając wszystko, co przygotował - cudnie pachnie. Wiesz, na miejscu tych wszystkich chłopaków od razu upadłbym przed tobą na kolana i błagał żebyś zgodził się ze mną chodzić, jesteś tego warty.
 Uśmiechnąłem się szczerze i zacząłem jeść z apetytem. Znowu byłem głodny, w końcu nie jadłem dzisiaj śniadania... Biednie strasznie.
 - Jestem nieśmiały, nigdy nie chodzę więcej niż na jedną randkę. Może podobam się wielu osobom, ale dużo z nich myśli, że jestem po prostu dzieciuchem... - wzruszyłem ramionami - Zmęczyły mnie już te randki, nie mam ochoty na nie chodzić, i tak nic z tego nie wychodzi, bo jestem beznadziejny.
 Zaśmiałem się cicho i zacząłem wcinać te różne pyszności, które sam przygotowałem.
 Odłożyłem widelec i patrzyłem na niego przez chwilę zamyślony. W końcu wstałem żeby obejść stół i klęknąłem przed chłopakiem, delikatnie łapiąc go za rękę i patrząc mu w oczy.
 - Wcale nie uważam, że jesteś beznadziejny - oznajmiłem szczerze uśmiechając się delikatnie - według mnie jesteś cudowny. I jeśli tylko się zgodzisz to chciałbym spróbować i zobaczyć, czy dam radę wyciągnąć cię na więcej niż jedną randkę. Chociaż, można powiedzieć, że zaliczyliśmy już trzy, co nie?
 Uśmiechnąłem się trochę pewniej patrząc na niego zawzięcie. Jeśli się nie zgodzi to spoko, będę próbował dalej. Ale jeśli nie będzie miał nic przeciwko, zostanę chyba najszczęśliwszym człowiekiem na święcie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz