czwartek, 30 lipca 2015

Psychodeliczne Y. rozdział VIII

 Kiedy usłyszałem odgłos uderzenia i coś, co świadczyło o tym, że komórka Mayi wylądowała na podłodze zerwałem się z łóżka jak oparzony i olewając wszystko złapałem walizkę biegnąc do auta. Zapomniałem nawet o klaustrofobii, tylko z zawziętą miną wskoczyłem za kierownicę i kierując kolanem zacząłem grzebać w walizce. W końcu z piskiem zaparkowałem przed blokiem i z już złożonym pistoletem w ręce wpadłem do mieszkania chłopaka.
 - Puść go do cholery! - Wrzasnąłem widząc mężczyznę, który klęczał nad moim chłopcem pozbywając się z niego ubrań - tylko go dotknij to cię zabiję.
 Z wściekłością podszedłem do zdumionego faceta i z całej siły zdzieliłem gnoja w łeb kolbą pistoletu. Usłyszałem głuchy trzask świadczący o pęknięciu kości i nie przejmując się tym doskoczyłem do chłopaka zakrywając go szlafrokiem i przytulając mocno.
 - Skarbie, wszystko dobrze? - szepnąłem odgarniając mu kosmyki z twarzy i oglądając go dokładnie. Chyba nic mu nie było, boże, jaka ulga...
 Moje usta były zaklejone taśmą, a ja rozglądałem się roztrzęsiony. Kiedy Michael mnie uratował, wtuliłem się w niego jak małe dziecko i zacząłem ryczeć, zaciskając raczki na jego koszuli. Po chwili mężczyzna odkleił taśmę z moich ust, przez co z jednego z kącików zaczęła spływać krew. Podniosłem na niego zapłakane oczka i zacząłem skomleć.
 -Tak bardzo się balem, on mówił takie okropne rzeczy, a ja nie mogłem nic zrobić...
 - Już dobrze, kotku, już wszystko dobrze - szepnąłem cicho przytulając go czule i kołysząc delikatnie w ramionach - nic ci nie zrobił, prawda? Już dobrze skarbie, wszystko w porządku. Coś ci się stało, kochanie?..
 Delikatnie starłem mu krew z usteczek i pocałowałem go w czoło podnosząc do siadu i wtulając w siebie mocno. Mój biedny aniołek, tak bardzo musiał się bać... A ja go zostawiłem, mimo, że mogłem przecież zostać na noc.
 - Jest ich dwóch - szepnąłem mu ledwo słyszalnie do ucha i wskazałem na swoje piękne łóżko z różowym baldachimem.
 Było rzeźbione w drewnie i malowane na biało, ja sam wykończyłem je dodając delikatne kwiatowe wzory. Wszystkie moje meble były w tym samym stylu. W moim pokoju stało jeszcze biurko, fotel, dwa regały i ogromna trzydrzwiowa szafa, jedne z drzwi były pokryte lustrem.
 Pokiwałem głowa i wtuliłem go w siebie mocniej sięgając po pistolet, który leżał koło nas. Zmrużyłem oczy i wycelowałem dokładnie pociągając za spust. Debil, schował się za baldachimem i myślał, że go nie widać.
 - Już dobrze kotku, chodź, zabieram cię do siebie - szepnąłem cicho podnosząc się z ziemi i przyciskając chłopca mocno do siebie - wszystko będzie dobrze, już nikt cię nie skrzywdzi, obiecuję. Zajmę się tobą skarbie.
 Pocałowałem go w czoło i znalazłem w szafie ciepły płaszcz, którym owinąłem chłopca i wyszedłem z nim z mieszkania zostawiając je otwarte. Sięgnąłem do kieszeni i zmieniłem kartę w komórce wybierając odpowiedni numer i idąc do auta, jednocześnie tłumacząc, co się stało.
 - To nie moja wina, gdyby nie włazili... Wiem kurwa, jakoś sobie poradzicie... Wiem przecież, pojadę... Tak, z samego rana. Dzięki.
 Westchnąłem ciężko chowając telefon do kieszeni i ruszając szybko w kierunku samolotu. Kazali startować od razu, skurwysyny cholerne. Gdzie im się tak spieszyło, noo?..
 - Boli cię coś? - Szepnąłem cicho patrząc zatroskany na chłopca lezącego na moich kolanach - co się stało z twoimi usteczkami? Co oni ci zrobili, koteczku?..
 Rączki trzęsły mi się delikatnie, a ja byłem blady jak ściana. Moje biedne mieszkanko... co ja miałem teraz zrobić?! Było takie ładne, co prawda ledwo starczało mi pieniędzy, ale przecież było piękne, sam je wykończyłem. A mój baldachim z różowego, błyszczącego tiulu? Przecież był teraz do niczego. Tak samo jak pościel w żółwiki, też była cała pokrwawiona. Zacząłem łkać cicho, zdając sobie sprawę z tego, co by się stało, gdyby Michael się nie zjawił. Przejmowałem się takimi głupotami, a przecież mogłem stracić życie. Zacisnąłem łapeczki na jego koszuli, nie mogąc poradzić sobie z natłokiem myśli.
 - No już, nie płacz kotku, wszystko będzie dobrze - uśmiechnąłem się czule głaszcząc go po główce - jak wrócimy nie będzie po niczym śladu, zobaczysz. Wrócisz do pięknego mieszkanka, wiesz? Na razie się uspokój, wszystko będzie dobrze zobaczysz. Nic się nie stało, prawda? Nikt cię nie skrzywdził, wszystko dobrze.
 Zatrzymałem się i szczelniej owinąłem chłopca płaszczem wchodząc do samolotu, który już był gotowy do startu. Teraz musiałem zabrać Mayę jak najdalej się dało, żeby miał czas zapomnieć o wszystkim i się uspokoić.
 W środku było już ciepło, więc mogłem spokojnie odłożyć płaszcz. Cały czas trzymając chłopca na rękach wygrzebałem z szafy swój podkoszulek, który spokojnie sięgałby Mayi do kolan i zaniosłem go do łazienki.
 - Umyj się i przebierz, dobrze? - Szepnąłem cicho stawiając go ostrożnie na podłodze i podstawiając mu cieple kapcie - powinno ci się po tym zrobić lepiej. Proszę, ubierz się, tu masz ręcznik. Poradzisz sobie?
 Kucnąłem przed nim uśmiechając się pocieszająco i głaszcząc go po policzku. Mój mały, biedny dzieciaczek...
 Pokręciłem przecząco głową i objąłem go za szyję, przylegając do niego zmarzniętym, nagim ciałem. Jedyne, co miałem na sobie to koronkowe bokserki i ciepłe skarpety. Dobrze, że zdążyłem złapać swój plecak, miałem w nim klucze, telefon, który tam wpadł, portfel, krótkie spodenki i podkoszulek, ręcznik i szczoteczkę do zębów. Nie wiem czemu ale przeszło mi teraz przez myśl, że dobrze, że nie miałem żadnych zwierząt, bo przecież mogło im się coś stać i wtedy znowu przemknęło mi przez myśl, że Michael uratował mi życie.
 - Nie zostawiaj mnie - szepnąłem, zaciskając wargi.
 - Dobrze skarbie, nie zostawię - szepnąłem obejmując go i głaszcząc po plecach - umyjemy cię, dobrze? A potem pójdziemy spać. Muszę cię rozebrać, wiesz? Nie bój się, nie zrobię ci krzywdy, spokojnie.
 Obejmując go cały czas delikatnie zsunąłem mu z nóżek skarpety, żeby zająć się bokserkami musiałem przez chwilę zbierać się w sobie. Już nagiego wziąłem na ręce i postawiłem w wannie, złapałem świeżą gąbkę i zacząłem myć go ostrożnie, starając się nie patrzyć za dużo na jego ciało, żeby nie zrobić przypadkiem czegoś głupiego.
 Po chwili ktoś zapukał do drzwi i spytał, czy możemy startować. Potwierdziłem i zacząłem ostrożnie spłukiwać chłopca, wytarłem go i ubrałem.
 - Chodź, położymy się, dobrze? - Szepnąłem cicho biorąc go z powrotem na ręce i przytulając mocno - zaraz wystartujemy. Leciałeś kiedyś samolotem?
 Uśmiechnąłem się i zaniosłem go do łóżka, na którym dalej spał pomrukujący przez sen wilczek. Nie miałem gdzie go teraz dać, Maya musiał jakoś znieść jego towarzystwo. Usiadłem na pościeli tuląc mocno tego biedaczka, kiedy ruszyliśmy z delikatnym szarpnięciem. Jeszcze by mi się przewrócił przy starcie, a rosnąca prędkość tak przyjemnie go we mnie wciskała... Mógłbym go tak trzymać na prawdę długo, mój kochany.
 Siedziałem w wannie, patrząc roztrzęsiony przed siebie i zaciskając łapeczki w piąstki. Po chwili wstałem tak jak Michael kazał i objąłem się raczkami, spoglądając na swoje stopy. Wytarł mnie i ubrał w podkoszulek, po czym wziął na ręce. Siedziałem na jego kolanach, zaciskając rączki na jego ubraniach i pozwalałem moim usteczką drzeć. Byłem w szoku i właśnie teraz zaczęło się to pokazywać.
 Westchnąłem cicho i kiedy tylko oderwaliśmy się od ziemi i przestałyśmy nabierać szybkości złapałem chłopca za policzki zmuszając, żeby na mnie spojrzał.
 - Maya, spokojnie. Już po wszystkim, tak? Nic ci nie jest, oni cię nawet rozebrać nie zdążyli. Wszystko już dobrze, nie pozwolę cię skrzywdzić. No już, uszka do góry, nie masz czego się bać.
 Zamknąłem oczy i delikatnie zbliżyłem do siebie nasze usta. Nie mogłem się powstrzymać, kiedy tak drżał, wyglądał jakby zaraz miał się rozpaść...
 Delikatnie pocałowałem kącik jego ust i odsunąłem się z cichym westchnieniem. No tak, zacząłby panikować jeszcze bardziej. Głupi ja... Chyba się nie doczekam tego pocałunku.
 - Chodź pod kołdrę, jest chłodno, zmarzniesz - szepnąłem i położyłem go pod kołdrą, samemu siadając obok i wyciągając zza paska pistolet, zaczynając go rozkładać i czyścic, razem z wilczkiem na kolanach. Nie potrafiłbym teraz położyć się przy Mayi, nie powstrzymałbym się i zrobiłbym coś, czego później bardzo bym żałował.
 Wsunąłem się pod kołdrę i usnąłem twardo, plącząc przez sen, jakiś czas. W końcu zapadłem w naprawdę mocny sen i zacząłem się okropnie rozkopywać. Po chwili leżałem z kołdrą miedzy nogami i wypiętym gołym tyłeczkiem w jego stronę. Przespałem tak jakiś czas, aż w końcu znowu się odwróciłem. Jego podkoszulek podjechał mi w górę, a że leżałem na pleckach, to wszystko było na wierzchu.
 - Boże, Maya przestań - jęknąłem zaciskając powieki i zakrywając go podkoszulkiem - ty na prawdę chcesz żebym zrobił ci coś złego?..
 Westchnąłem ciężko i w końcu położyłem się za nim karmiąc wcześniej mojego głodomorka, który ułożył się miedzy nami. Zamknąłem oczy i po kilku minutach już spałem twardo, nieświadomie opierając czoło o plecy chłopca i obejmując go ramieniem.
 Obudziłem się, gdy już lądowaliśmy i obróciłem do Michaela, powoli uświadamiając sobie, co się stało. Nagle coś wskoczyło mi na plecy i chwyciło za włosy, tarmosząc je z radosnym powarkiwaniem. Krzyknąłem przerażony i skuliłem się drżąc ze strachu. Sam nawet nie wiem, kiedy się popłakałem i zaczęło mi się robić czarno przed oczami, byłem przerażony.
 Otworzyłem oczy zaspany i uśmiechnąłem się szeroko widząc Mayę. Złapałem szczeniaczka stawiając go za sobą i posadziłem chłopca na swoich kolanach, głaszcząc go delikatnie po głowie.
 - Taki duży chłopiec a boi się dzieciaczka - szepnąłem czule - daj spokój skarbie. Jesteś odważnym chłopcem, prawda? Na pewno, wiem przecież. No już, uśmiechnij się skarbie i nie boj się, to nic strasznego. Zjemy coś, dobrze? Mam nadzieję, że lubisz francuską kuchnię, bo jesteśmy w Paryżu. No już, wstawaj skarbie i główka do góry. Nie ma bania się szczeniaczków, zwłaszcza tego. Polubił cię, widzisz?
 Z uśmiechem wskazałem mu wilczka, który wyglądał zza moich pleców starając się przedostać z powrotem do Mayi i jakoś przebrnąć przez fałdy kołdry, co skutkowało lądowaniami na pyszczku.
 - Zabierz go ode mnie - mruknąłem, schodząc z łóżka i uciekając do łazienki razem ze swoim plecakiem.
 Ubrałem się w normalne ciuchy, schowałem komórkę do kieszeni i uchyliłem drzwi łazienki, ale ten psiak stał pod nimi szczęśliwy.
 -Trzymaj go, niech on do mnie nie podchodzi- warknąłem, zamykając się z powrotem w łazience i zabrałem się za mycie zębów.
 - Maya, nie panikuj, proszę cię - zaśmiałem się cicho porywając wilczka na ręce i dając mu butelkę ze świeżym mleczkiem do ssania - jak coś to czekam na ciebie na zewnątrz, jedziemy do hotelu, więc weź plecak. Porwę cię na zakupy, bo zdaje się, że nie masz w co się ubrać, co nie? A ty nie strasz Mayi głuptasku, bądź dla niego miły, dobrze?
 Z uśmiechem wyszedłem na pole i sapnąłem cicho czując okropny skwar. Boże, wszędzie gorąco... Usiadłem na schodkach patrząc w błękitne niebo i uśmiechając się delikatnie.
 Dzięki Bogu miałem też klapki, więc wsunąłem je szybko na stopy, skończyłem myć zęby i wyszedłem z samolotu. Stanąłem obok Michaela, zakładając ręce na piersi i patrząc na niego zły.
 - Jesteś beznadziejny. Wykorzystałeś fakt, że byłem w szoku i mnie porwałeś, odeślij mnie do domu - burknąłem, czując jak zaczyna burczeć mi w brzuchu, okropieństwo.
 - Na prawdę chcesz wrócić? - Spojrzałem na niego poważnie - chcesz wrócić do jeszcze niewysprzątanego mieszkania i zostać tam całkowicie sam? Czy wolisz odwdzięczyć mi się za ratunek i całkowicie za darmo podróżować po Europie? Ja bym chyba wybrał tą drugą opcje na twoim miejscu.
 Uśmiechnąłem się delikatnie podnosząc się z podłogi i idąc do podstawionego auta.
 - Samolot będzie wracał do Japonii, na to samo lotnisko - oznajmiłem jeszcze zastanawiając się, co chłopak wybierze.
 Tak naprawdę Michael nie pozostawił mi wyboru, okropny szantażysta. Wsunąłem się za nim do auta i usiadłem z tyłu, jak najdalej od niego. Byłem wściekły, nikt nie kazał mu ich zabijać, wystarczyło, żeby ich obezwładnił i zadzwonił na policję. Pokręciłem niezadowolony noskiem i skuliłem się, obejmując nóżki rączkami.
 - Nienawidzę cię - burknąłem, rzucając w niego batonikiem, a sam zjadając drugiego.
 - A ja cię kocham - uśmiechnąłem się szeroko patrząc na niego radośnie - nie pożałujesz, obiecuję. To będą najlepsze wakacje w twoim życiu.
 Wyciągnąłem rękę i pogłaskałem go lekko po główce. Po chwili już zatrzymaliśmy się pod wielkim, pięciogwiazdkowym hotelem, ktoś wziął nasze rzeczy a ja porwałem Mayę na ręce i zaniosłem go prosto do restauracji, ani nie za dużej, ani nie ma małej, idealnej.
 - Bierz, co chcesz, musisz być głodny - uśmiechnąłem się i złapałem talerz zaczynając nakładać sobie wszystko jak leciało, boże, jak ja kochałem szwedzki stół... Przynajmniej nie trzeba było czekać.
 Nałożyłem sobie pare rzeczy na talerz i usiadłem przy stoliku z Michaelem, siadając na krześle po turecku i jedząc wolno zamyślony. Jak to mnie kocha? Nic nie rozumiałem. W końcu westchnąłem ciężko i odłożyłem sztućce, nie mogąc już więcej przełknąć, choć tak naprawdę nie zjadłem prawie nic.
 - Powiedz mi, czym tak naprawdę się zajmujesz? - zapytałem cicho.
 Spojrzałem na niego zdumiony i westchnąłem cicho.
 - Zjedz najpierw, w pokoju porozmawiamy - mruknąłem posyłając mu delikatny uśmiech - proszę cię, nie możesz się głodzić. Mam cię nakarmić?
 Przechyliłem głowę całkowicie poważny. Jeśli będzie trzeba to nie będę miał wyboru, złapię go i wepchnę w niego to wszystko.
 - Nie głodzę się, po prostu już tak mam. Nieważne jak jestem głodny, dopóki jestem zdenerwowany nie zjem ani gryza, a ta sytuacja w ogóle mi się nie podoba. Nie wiem gdzie jestem, nie znam języka, jeśli zginę to nikt się nawet tym nie zainteresuje. Jutro do mieszkania przychodzi dozorca zabrać czynsz, a jak zastanie to... to nie wiem, co się stanie. W mieszkaniu mam cały swój życiowy dorobek, nie mam nikogo i niczego więcej, więc jeśli to stracę, równie dobrze możesz mnie zabić. Postaw się na moim miejscu. Wiem, że będzie Ci trudno skoro stać cię na to wszystko, ty praktycznie śpisz na pieniądzach, za to ja martwię się o każdy grosz, weź to pod uwagę.
 Z westchnieniem odłożyłem sztućce i wpakowałem nasze talerze na tackę.
 - Chodź, idziemy do pokoju - mruknąłem łapiąc go za rękę i ciągnąc za sobą - jesteśmy na obrzeżach Paryża, jeśli już koniecznie chcesz wiedzieć. O dozorcę się nie martw, zajmą się tym, wszystko będzie opłacone i posprzątane. Siadaj.
 Wskazałem duże łóżko, na którym już czekał Boota machając ogonkiem. Pokój był średnich rozmiarów, ściany miały błękitny kolor, marmurowa podłoga była wyłożona miękkim, puchatym dywanem w kolorze wiosennej trawy. Całkiem przyjemnie.
 Zamknąłem za nami drzwi na klucz, odstawiłem tackę na stolik i pozamykałem okna włączając za to klimatyzację.
 - Wcinaj głuptasie, no już - uśmiechnąłem się delikatnie samemu siadając po turecku z wilczkiem między nogami - czemu myślisz, że nie pracuję w tej firmie? Serio w niej pracuję i zajmuję się tłumaczeniem i negocjacjami z obcokrajowcami...
 - Jasne, no oczywiście. A każdy negocjator nosi przy sobie broń, umie zajebiście strzelać i zarabia kokosy, po czym buduje sobie wykurwiony dom i hoduje wilka. Nie wciskaj mi kitu, bo to, że jestem studentem nie znaczy, że jestem głupi.
 Wstałem z łóżka i usiadłem w fotelu, po drugiej stronie pokoju. Mówiłem mu już coś o tym wilku, ale on chyba był niedorozwinięty i nie rozumiał, co mówię.
 - Daj spokój, jestem po prostu zajebistym negocjatorem - ze śmiechem machnąłem ręką, ale zaraz spoważniałem widząc jego nieugiętą minę i zacząłem grzebać w talerzu - od trzech lat pracuję dla rządu - mruknąłem w końcu drapiąc maluszka za uszkiem - dla rządowej agencji. Dlatego tak dużo zarabiam. Nie powinienem ci w sumie tego mówić, to tajemnica państwowa, ale co mi tam. W każdym razie to, że hoduję wilka nie ma z tym nic wspólnego, po prostu go znalazłem i mi się go żal zrobiło, był taki malutki i tak strasznie płakał... Coś zabiło mu mamę, nie mogłem go przecież zostawić. A wracając do tematu, dom jest tak duży, bo powierzchnia pod nim to schron dla rządu, trzeba było go jakoś ukryć - zaśmiałem się cicho drapiąc się po głowie - możesz nie wieżyc, ale co mi tam. Już chyba i tak nie mam u ciebie żadnych szans, co nie? Nieważne zresztą. Jak wrócisz, wszystko będzie po staremu, nikt się nie dowie o tym, co się stało u ciebie w mieszkaniu, nie będzie po tym żadnych śladów, więc nie masz się czego bać. Dodatkowo dostaniesz wynagrodzenie za problemy, jakie sprawiło ci bycie zamieszanym w moje służbowe sprawy, a to z tego, co wiem jest na tyle wysokie, że będziesz mógł bez problemu utrzymać się za nie przez rok z hakiem... Jeej, maluszku, nie wolno ci tego podjadać! To niezdrowe dla takich dzieciaczków.
 Podniosłem wilczka i zacząłem wylizywać mu pyszczek z sosu, w którym cały się umazał. Głuptasek okropny.
 - Nie chcę pieniędzy, nie zależy mi na żadnej rekompensacie, chciałem tylko twojej szczerości. Nie powiedziałem, że nie masz u mnie szans, bo zacząłem Cię lubić, ale jak już mam spędzić tutaj miesiąc to potrzebuję ciuchów i tego, żeby ten pies nie zbliżał się do mnie bardziej niż na 2metry. Nie chcę też, żebyś kupował mi ciuchy, bo za te wakacje pewnie wiszę Ci fortunę. Mam jakieś pieniądze. Potrzebuję tylko maszyny do szycia i jakiegoś taniego sklepu z materiałami - pokiwałem poważnie głową.
 Pokręciłem głową rozbawiony i odłożyłem pusty już talerz na stolik.
 - Za nic nie płacę, na koszt rządu podróżujemy - oznajmiłem z uśmiechem - nie martw się, żadnej fortuny mi nie wisisz. Wcinaj, proszę cię, jest na prawdę dobre. No, mały... Boota, powiedz mu coś.
 Spojrzałem na psiaka jak obrażone dziecko, na co ten beknął przesłodko i zaczął oblizywać sobie pyszczek z resztek sosu. Zaśmiałem się cicho i pogłaskałem go po pyszczku.
 - Widzisz? On też mówi, że dobre, słuchaj go. I nie boj się, przecież on nie jest w stanie cię nawet podrapać, obciąłem mu pazurki. Widzisz?
 Złapałem małą łapeczkę i wysunąłem tępe pazury, obcięte starannie. Maya na prawdę nie miał się czego bać.
 - To tylko dziecko, kocie... Wilki na prawdę są przyjaznymi stworzeniami, nie atakują bez potrzeby. To się tylko tak mówi, że to zło wcielone i w ogóle, ale są dużo spokojniejsze od zwykłych psów, nawet od kotów. On nic ci nie zrobi, spróbuj go przynajmniej pogłaskać, nie ugryzie cię...
 - Nawet nie próbuj z nim podchodzić - zagroziłem mu palcem -To dokładnie tak samo jakbym Ci powiedział, że siedzenie w małych pomieszczeniach to super sprawa i zaproponował cały dzień w windzie, co Ty na to?
 Wstałem z krzesła i obróciłem się do niego tyłem, stając pod słońce. Podniosłem podkoszulek i opuściłem spodenki.
 - No przyjrzyj się - mruknąłem.
 Począwszy od karku, przez ramiona, plecy, aż do kostek, wszędzie były blizny w kształcie śladów psich zębów i pazurów. Niektóre wyglądały tak jakby ten pies próbował mnie rozerwać.
 - Nie ufam niczemu, co psa przypomina i nie mam zamiaru tego zmieniać - mruknąłem, wracając na miejsce.
 Westchnąłem ciężko spuszczając wzrok z jego pleców.
 - Wiesz, kiedy powiedziałeś, że ktoś u ciebie jest, po prostu wsiadłem do auta i pojechałem, na śmierć zapominając o tym, jak bardzo się boje - uśmiechnąłem się delikatnie podnosząc na niego wzrok - kiedy byłem mały, ojciec kupił taką małą klatkę, w której mnie zamykał, kiedy robiłem coś nie tak jak powinienem, mimo że doskonale wiedział jak okropnie boje się takich małych przestrzeni. Ale wiesz co? Kiedy nie masz innego wyboru po prostu musisz zrobić coś, czego się boisz, nawet najbardziej na świecie. I wtedy to wcale nie jest takie straszne, wiesz? Da się to znieść, jeśli trzeba. No, chłopie, nie panikuj tak i...
 Zastygłem zdając sobie sprawę z tego, co chciałem powiedzieć. To wcale nie było "i dotknij go". Mało brakło a poprosiłbym go po raz kolejny, żeby pozwolił mi się pocałować. Boże, czy ja na prawdę nie potrafiłem myśleć o niczym innym?.. Zgłupiałem chyba do reszty, skończony debil ze mnie, noo!
 - Nie umierasz, więc nie muszę tego robić. To była ostateczność, ja naprawdę nie chcę tego robić. Jak tylko wrócimy do domu, to chyba zemdleję na tydzień, żeby odreagować przebywanie w jego obecności. A swoją drogą, to jak będziesz mnie odwiedzał, masz go zostawiać w domu... - pokiwałem poważnie głową i podkuliłem nogi, bo ten głupi pies zaczął hasać po dywanie i skakać koło mnie.
 - Zabierz go...
 - Nie mam dokąd - westchnąłem ciężko - to tylko dzieciak, na dodatek jest w nowym miejscu więc musi wszystko obwąchać. Gdybyś go lepiej poznał, pokochałbyś go, mówię ci. Jest cudowny. Zostawmy go i chodźmy się przejść, co ty na to? Byłeś kiedyś w Paryżu?
 Uśmiechnąłem się delikatnie i wyciągając do niego rękę wstałem z łóżka.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Psychodeliczne Y. rozdział VII

Dzisiaj krótko, bo okropna autorka lubi trzymać ludzi w napięciu xD Ale w nagrodę wrzucę coś jeszcze jutro ;)

**********

 Uśmiechnąłem się nieszczerze, słysząc te słowa już któryś raz. Wyjeżdżam na kilka dni, ale zapomniałem ci powiedzieć, że nawet jak wrócę to i tak się nie spotkamy. Wpuściłem go do środka i zamknąłem za nim drzwi, stałem już w samej bieliźnie i tylko narzuconym szlafroku. Miałem na sobie koronkowe czarne majtki i pończoszki zakończone taką samą koronką.
 - Chcesz herbaty? - zapytałem cicho.
 Pokręciłem tylko głową i podszedłem do niego, żeby owinąć go szczelniej szlafrokiem.
 - Nie stój tak przede mną, za bardzo kusisz - szepnąłem cicho zawiązując puchaty pasek na jego wąskiej talii - przepraszam cię... Wiem, że pewnie słyszałeś to od każdego, ale ja na prawdę wrócę. Może nawet uda mi się szybciej niż planuję... Ej, może pojedziesz ze mną? - Z nagłym entuzjazmem złapałem go za ręce - dasz radę wsiąść wolne, prawda? Na pewno dasz, co ty na to? Pojedziemy razem, proszę... Nie chcę żebyś myślał sobie, że to chodzi o to, że chcę zniknąć, wiesz?
 Uśmiechnąłem się szeroko patrząc mu w oczy. Przecież to nie było nic złego, mogłem go przecież zabrać ze sobą. To było tylko kilka dni roboty w tygodniowych odstępach, miałbym dla niego czas.
 - Wybacz, nie stać mnie na to. Muszę pracować, żeby moc utrzymać mieszkanie. Bardzo je lubię. Jeśli to tutaj zostawię to będzie słabo, nie uważasz? To niby jest tylko miesiąc, ale ja nie dostaję stypendium, gdy jest przerwa wakacyjna. Muszę pracować po 8h, 6dni w tygodniu, żeby się utrzymać...- westchnąłem cicho i zsunąłem się z jego rąk - Jutro mam ostatni egzamin, a w środę idę po wyniki, jeśli czegoś nie zdałem to muszę iść na poprawkę...
 Puściłem go z rezygnacją i wbiłem wzrok w podłogę.
 - Przecież bym ci pomógł - szepnąłem cicho - mam głęboko gdzieś ile musiałbym za to zapłacić, mogę cię utrzymywać ile tylko chcesz, nawet do końca życia, ale nie chcę żebyś mnie znienawidził. Mogę opóźnić wyjazd o jeden dzień żebyś zdążył zdać egzamin, poproszę Kumiko żeby odebrała twoje wyniki i wysłała ci je, więc będziesz mógł się uczyć w razie czego...
 Wygmerałem ze spodni kartkę i złapałem długopis leżący na biurku.
 - Teraz tego numeru używam - mruknąłem kładąc karteczkę na jego łóżku - wyjadę jutro wieczorem, gdybyś jednak się zdecydował, to zadzwoń, przyjadę po ciebie. Jeśli choć trochę ci zależy to proszę, zadzwoń...
 Westchnąłem ciężko i wyszedłem z mieszkania. Musiałem dać mu czas, najlepiej beze mnie czekającego nad jego głową.
 Usiadłem ciężko na łóżku, nie bardzo wiedząc jak mam to rozwiązać. Poszedłem się umyć i wróciłem do pokoju. Dzisiaj w nocy nie straciłem przytomności, siedziałem i kleiłem wianuszki i opaski. Rano nadałem chyba 60paczek, które miałem zalegle i zawiesiłem stronę. Poszedłem rano na egzamin, a gdy wróciłem usiadłem na łóżku zagryzając zęby. Otworzyłem moją puszkę i sprawdziłem stan zaskórniaków. Miałem akurat tyle, żeby opłacić mieszkanie, ale nie więcej. W końcu złapałem telefon i wykręciłem numer do Michaela, ale gdy nie odebrał po 3 sygnale, to spanikowałem i rozłączyłem się.
 Wypadłem spod prysznica słysząc dzwonek telefonu i prawie rozpłakałem się ze szczęścia widząc, kto dzwonił. Szybko się wytarłem i ubrałem, złapałem małą torbę z niezbędnymi rzeczami, mojego wilczka i wpadłem do samochodu, pędząc pod mieszkanie Mayi. Wyskoczyłem z auta i z moim zwierzaczkiem na rękach zacząłem dobijać się do drzwi chłopaka.
 - Boże, Maya, tak się cieszę - zaśmiałem się szczęśliwy rzucając mu się na szyje, przez co wilczek wylądował na podłodze - myślałem, że nie zadzwonisz, za pól godziny mamy samolot... Tak strasznie się cieszę...
 Odkleiłem się od niego i złapałem za policzki chcąc go pocałować. W ostatniej chwili, kiedy nasze usta dzieliły już milimetry ogarnąłem się i odsunąłem, dając mu tylko całusa w czoło.
 - Spakowany? Weź tylko szczoteczkę do zębów i kilka ubrań, resztę kupimy na miejscu. Chodź, musimy się pospieszyć... A to jest Boota - z uśmiechem podniosłem wilczka i pogłaskałem go po pyszczku - uparł się żeby jechać, nie potrafiłem mu odmówić... No patrz w te oczka, jak zacznie prosić to nie da się mu oprzeć...
 Kiedy zobaczyłem tego wilczura na wysokości swojego pyska, tylko kiwnąłem głową, blady jak ściana i upadłem zemdlony na ziemię. Chwilę tak leżałem, gdy Michael mnie ocucił, od razu odsunąłem się od tego psa i wskoczyłem na łóżko, patrząc na niego z przerażeniem.
 - Ja jednak dzwoniłem, żeby się z Tobą pożegnać. Życzę Ci milej podroży i bezpiecznego powrotu do domu - pokiwałem poważnie głową.
 - Maya - z uśmiechem wyciągnąłem rękę i pogłaskałem go delikatnie - to dzieciak. On nawet zębów porządnych jeszcze nie ma, no popatrz.
 Podniosłem mojego pupilka i wsunąłem mu palec między szczęki pokazując malutkie kiełki, które nawet ugryźć porządnie nie były w stanie.
 - On pija tylko mleko, na prawdę nic ci nie zrobi. Proszę, nie rób tak noo... Tak strasznie się cieszyłem że jednak pojedziesz...
 Uśmiechnąłem się błagalnie przerażony nagłą wizją wyjazdu bez Mayi. Przecież nie mógł nie lecieć tylko z powodu małego szczeniaczka...
 - Wiem, ale przemyślałem sobie wszystko. Mam pieniądze, żeby opłacić mieszkanie, na jeden miesiąc, ale nie mam a i grosza więcej. Nie ma szans, przecież nie pojadę za darmo, będziesz musiał za wszystko płacić, to bez sensu. Naprawdę chciałem się tylko pożegnać - podszedłem do szafy, domykając ją, bo w środku stała już spakowana walizka, a nie chciałem, żeby ją zobaczył.
 - Wybacz, jeśli zrobiłem Ci nadzieję - uśmiechnąłem się smutno, nie patrząc mu w oczy.
 Zacisnąłem zęby i postawiłem wilczka na stole, samemu łapiąc stojąca na nim puszkę. Tak jak się spodziewałem, były w niej pieniądze. Wsadziłem je sobie do kieszeni i wyszczerzyłem się do chłopaka podchodząc do szafy i wyciągając z niej walizkę.
 - Po pierwsze, jesteś już spakowany, więc chciałeś jechać - oznajmiłem dalej się szczerząc - po drugie, twój hajs jest teraz tutaj - poklepałem się po kieszeni - więc nie masz ani grosza. I nie odzyskasz tego dopóki ze mną nie pojedziesz. Więc... Papaaa.
 Ze śmiechem złapałem zwierzaka i wyszedłem z mieszkania. Może to i był szantaż, ale chuj z tym, byleby był skuteczny.
 Popatrzyłem na niego jak na kretyna, stając na klatce i wyjmując telefon z kieszeni. Wykręciłem numer i gdy po 2 sygnale ktoś odebrał zacząłem mówić.
 - Halo? Policja? Chciałbym zgłosić kradzież z próbą szantażu. Tak. Moje dane? - przechyliłem głowę z uśmiechem, patrząc na zdziwionego Michaela.
 - Nie rób ze mnie idioty - spojrzałem na niego z uśmiechem i zabrałem mu komórkę - przepraszam, pomyłka. Zaraz spóźnię się na samolot, więc wiesz, muszę się spieszyć.
 Rozłączyłem się i komórkę też wsadziłem sobie do kieszeni. Pomachałem mu i zacząłem iść w kierunku auta, na prawdę mi się spieszyło...
 - Nie chcę nigdzie jechać! Czego nie rozumiesz?! Boję się tego psa, nie mam zamiaru się do niego zbliżać nawet na kilometr, więc oddaj mi moje rzeczy, albo nigdy więcej się do Ciebie nie odezwę, zgłoszę to na policję i wystąpię o zakaż zbliżania się - moje oczy płonęły gniewem, a ja zaciskałem swoje małe łapki w piąsteczki.
 Zatrzymałem się z westchnieniem i postawiłem torbę pod ścianą, położyłem na niej komórkę i pieniądze i przytuliłem wilczka, który marudził cicho.
 - Chodź skarbie, chyba jednak nas tu nie chcą - mruknąłem cicho zdołowany - oj, nie bój się, przecież cię nie zostawię, nie płacz już. Muszę się tobą zając, prawda? Skoro nie ma kto, to nie mogę cię zostawić, nie płacz.
 Drapiąc po brzuszku skomlącego smutno psiaczka wyszedłem z budynku i usiadłem na siedzeniu kierowcy. Nie miałem komu zostawić tego maleństwa, służba zawsze pod moją nieobecność miała wolne. A przecież nie mogłem zostawić go na pewną śmierć... nawet, jeśli to miałoby znaczyć, że Maya nie pojedzie. Płakać mi się chciało, ale już nic więcej nie mogłem zrobić. Przecież się starałem, nie mogłem bardziej.
 Zabrałem swoje rzeczy do domu i położyłem się na ziemi, wtulając w swojego misia i płacząc cicho. Polubiłem go, ale nie było szans, żebym pojechał, balem się wszystkich psowatych stworzeń, w dodatku ich nienawidziłem. Po chwili się ogarnąłem i podniosłem do siadu, chowając puszeczkę w głąb szafy i ściągając zawieszenie strony. Szybko rozpakowałem walizkę i zacząłem szukać mieszkań z niższym czynszem w okolicy.
 Przesiedziałem w aucie pięć minut, w końcu złapałem komórkę i znalazłem numer Mayi.
 "Zostawię go, tylko pojedź... Mam jeszcze dziesięć minut, poczekam".
 - Przepraszam maluszku - szepnąłem cicho przytulając mocno swojego futrzaka i drapiąc go za uszkiem - Obiecuję, że nie będzie bolało, dobrze? Zaśniesz słodko, nawet nic nie poczujesz.
 Uśmiechnąłem się pocieszająco do wilczka patrząc w stronę drzwi i czekając, aż Maya przyjdzie. Nie miałem innego wyjścia, musiałem go zabić. Gdybym go wypuścił męczyłby się okropnie, oddałbym go do schroniska to od razu by go uśpili albo zagłodzili, nie miałem go komu zostawić... Mój malutki psiaczek, biedactwo moje kochane. Tak strasznie mi go żal było, ale gdybym wyjechał pewnie potem bym już nie znalazł Mayi... Wyniósłby się choćby po to, żeby więcej mnie nie oglądać.
Westchnąłem cicho i wykręciłem numer, z którego przyszedł sms.
 - Nie chcę Michael. To bez sensu. Jedź. Jak znajdę nowe mieszkanie to wyślę Ci adres, albo spotkamy się w kawiarence. To w końcu twój pupil, nie zostawiaj go nikomu, nie wiadomo, co mu się stanie. Jedź już, nie czekaj, bo i tak nie zejdę - rozłączyłem się i wyłączyłem telefon, szukając dalej jakichś tanich mieszkań.
 Westchnąłem ciężko i wyłączyłem silnik wysyłając smsa i przekładając lot jeszcze o jeden dzień. Pierdolę to wszystko, będę czekał, dopóki chłopak nie przyjdzie.
 - Głodny? - ze smutnym uśmiechem wyciągnąłem ze schowka mleko, nalałem je do butelki i ułożyłem sobie psiaczka w ręce dając mu się napić - poczekamy, prawda? I tak nas nie zwolnią a nie możemy sobie pozwolić na stracenie go. Smakuje ci?
 Pocałowałem go w główkę miedzy uszkami i podkuliłem nogi opierając je na kierownicy. Długa noc mnie czekała, ale co tam. W końcu odłożyłem pustą butelkę i otworzyłem drzwi stawiając psiaczka na ziemi i dając mu się załatwić. Kiedy skończył znowu wylądował w moich ramionach śpiąc już słodko. A ja dalej patrzyłem w okno mieszkania chłopaka czekając jak na zbawienie.
 Na razie nie znalazłem żadnej fajnej oferty, a trochę zgłodniałem. Nie było pieczywa, więc wrzuciłem dres na piżamę, drobniaki, klucze i telefon do kieszeni i wyszedłem z zamiarem pójścia do sklepu.
 - Co Ty odpierdalasz? - zapytałem zdziwiony - Czy ja mówiłem niewyraźnie? Jedź sam, ja się nigdzie nie wybieram, możesz czekać nawet do usranej śmierci. Jutro normalnie idę do pracy, sorry... - pokręciłem głową i włożyłem ręce w kieszenie bluzy, człapiąc w kierunku sklepu.
 - Wolę czekać do usranej śmierci niż pojechać i zastać puste mieszkanie po powrocie - mruknąłem kuląc się trochę bardziej, bo zaczęło wiać. Niby przepowiadali ochłodzenie i ulewy, ale niezbyt im wierzyłem... - Myśl sobie co chcesz, ale mi na tobie zależy.
 Westchnąłem cicho opierając czoło o kolana i zamykając oczy. Śpiący trochę byłem, musiałem to przyznać. Nie spałem całą noc, tylko myślałem o Mayi modląc się żeby się zgodził. I nic z tego nie wyszło...
 Kupiłem więcej bułek, a gdy wyszedłem ze sklepu zaczęło kropić. Warknąłem cicho i otworzyłem drzwi auta, wkładając rękę do środka i zamykając dach.
 - Wysiadaj, chodź, zjesz kolację, a jak przestanie padać to wrócisz do domu - mruknąłem.
 Stanąłem przed już zadaszonym autem i czekałem aż wysiądzie.
 Z westchnieniem wyszedłem z auta łapiąc po drodze butelkę i mleko i poczłapałem za Mayą do mieszkania, gdzie od razu usiadłem na krześle przy biurku. W tej samej chwili mój mały głodomorek znowu się zbudził i zaczął wołać o jedzonko. Zaśmiałem się cicho i szybko podstawiłem mu znowu pełną butelkę, którą złapał łapkami i zaczął pić z zamkniętymi oczkami, jak taki słodki, mały dzidziuś.
 - No patrz skarbie, znowu tu jesteśmy - zamruczałem cicho patrząc rozczulony na wilczka - nie chcą nas tu a my i tak wracamy. Straszne z nas głupole, nie uważasz?
 Zaśmiałem się cicho i odstawiłem butelkę, kiedy tylko maluch zaczął odpychać ja łapkami. Odbeknął słodko i zasnął znowu, zazdrościłem mu takiego spokojnego snu.
 - Jeśli się go tak bardzo boisz i dlatego nie chcesz jechać, to po prostu skręcę mu kark - mruknąłem głaszcząc psiaczka i nie patrząc na Mayę - to będzie dla niego najlepsze, nie wiadomo, co by się z nim stało gdybym go zostawił. Już zdecydowałem, więc jeśli o to chodzi to po prostu powiedz.
 - Połóż go w drugim pokoju, tam masz wolne łóżko - mruknąłem, a kiedy go wyniósł ja poczłapałem z zakupami do kuchni.
 Rozpakowałem wszystko i zabrałem się za robienie kolacji, byłem cholernie śpiący, oczy dosłownie mi się zamykały. Zrobiłem kakałko i postawiłem je razem z kanapkami na stole. Kiedy Michael przyszedł, podsunąłem mu to i też zacząłem wcinać.
 - Dzięki - mruknąłem cicho zabierając się za jedzenie jakoś bez apetytu - smaczne...
 Westchnąłem ciężko biorąc w ręce ciepły kubek i grzejąc się od niego. Było duszno i jednocześnie chłodno, chujowa pogoda.
 - Tak myślę sobie... - Odezwałem się w końcu po nieznośnie długiej chwili milczenia - i doszedłem do wniosku, że za bardzo ci się narzucam. Za wszelką cenę próbuję cię nie stracić a nie pomyślałem o tym, że możesz mieć mnie dosyć. Okropny ze mnie egoista. W każdym razie ja będę się zbierał, nie mam na co dłużej czekać, wylatuję jeszcze dzisiaj. Dziękuję za kolacje.
 Wstałem od stołu i poczłapałem do pokoju ostrożnie podnosząc swojego zwierzaczka i przytulając go mocno. Tyle mi kłopotów narobił a ja i tak byłem w nim zakochany jak debil, mały słodziaczek.
 - Mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy - uśmiechnąłem się stojąc już w drzwiach - śpij słodko i nie lunatykuj za dużo, to niezdrowe.
 Kiedy tylko zamknąłem za sobą drzwi uśmiech momentalnie zniknął z mojej twarzy. Poczłapałem do auta, tak strasznie ciasnego, że aż zakręciło mi się w głowie, musiałem odczekać chwilę, żeby być w stanie w ogóle złapać oddech i odpalić silnik. Ale nie miałem na co dłużej czekać, praca wzywała.
 Westchnąłem ciężko i pokręciłem smutno głową zrozpaczony. To nie tak... nie przeszkadzał mi, miło było mieć z kim porozmawiać. Polubiłem go... ale ten wilk. Nie było szans, żebym jechał razem z nim, mimo to, nie chciałem, żeby go zabijał to było nie fair. Zamknąłem oczy, nie wiedząc, co robić. W końcu zrezygnowany włączyłem telefon, zrzuciłem dres i położyłem się spać.
 Nie wiem, jakim cudem udało mi się zajechać na lotnisko, cały czas robiło mi się słabo i miałem biało przed oczami, ale dałem radę. Westchnąłem ciężko słysząc, że i tak nie możemy wystartować, bo za mocno wieje, nie dziwiłem się w sumie, mało mi głowy nie urwało, kiedy wysiadłem z auta. Usadowiłem się w przestronnym pokoju w prywatnym samolocie i usiadłem na łóżku kładąc koło siebie wilczka i wlepiając wzrok w ekran komórki. Nie rozumiałem już nic z tego, co się działo, wszystko się pieprzyło, mimo że starałem się jak nigdy. Co z tym cholernym światem było nie tak?..
 "Strasznie wieje, musimy czekać zanim wystartujemy"
 Sam nie wiem, czemu nacisnąłem to cholerne "wyślij". Chyba po prostu nie miałem nic lepszego do roboty. Odłożyłem komórkę i poszedłem do łazienki, wymyłem się, przebrałem i położyłem w łóżku pod kołdra znowu łapiąc telefon i bawiąc się nim. Po godzinie takiego biernego leżenia wyprodukowałem kolejnego smsa.
 "Nie mogę zasnąć, zimno tutaj T.T"
 Westchnąłem ciężko przytulając do siebie wilczka i nasuwając sobie kołdrę prawie po sam czubek nosa. Na prawdę nie było najcieplej, w sumie to lodowato. Mogliby przynajmniej włączyć ogrzewanie skoro tu siedziałem...
 "Śpisz?"
 Chyba na prawdę coś było ze mną nie tak, że postanowiłem prześladować tego biedaka po nocach... A miałem dać mu spokój, nooo...
 Po 3 smsie nie wytrzymałem i złapałem telefon dzwoniąc do tego kretyna.
 - Już nie śpię - mruknąłem, ziewając przeciągle - Mówiłem Ci, że możesz zostać na noc, to tobie się spieszyło, kretyn...
 Pokręciłem głową, choć nie mógł tego zobaczyć. Wstałem z łóżka i zamknąłem okno, wzdychając cicho i nie wiedząc już, co mam robić, po prostu przysiadłem na łóżku.
 - Pseplasam - zaśmiałem się cicho siadając na łóżku i owijając się szczelnie kołdrą - nudzę się strasznie, wiesz? Jestem śpiący a nie mogę zasnąć, okropne.
 Ziewnąłem przeciągle i zamknąłem oczy tuląc wilczka, któremu pewnie też było zimno.
 - Co tam u ciebie? Dużo się zmieniło odkąd ostatnio się widzieliśmy?
 Zaśmiałem się cicho delikatnie przeczesując miękkie futerko dzieciaczka śpiącego sobie spokojnie, jakby nigdy nic, mimo że po chwili zacząłem bawić się jego łapkami i wpychać mu palec między ząbeczki.
 - Nic się nie zmieniło. Nadal nie chcę jechać, bo żal mi tego wilka i tyle. Nie pozwolę Ci go zabić, wybacz - ziewnąłem.
 Też wlazłem pod kołdrę i owinąłem się nią szczelnie, włączając sobie telewizor i skacząc po kanałach.
 - Beznadzieja... nie ma nic w telewizji - mruknąłem, wyłączając odbiornik i krzyknąłem przerażony.
 Zerwałem się jak poparzony z łóżka i zapaliłem światło, rozglądając się.
 - Ktoś jest w moim mieszkaniu - szepnąłem cicho, a po chwili upadłem ogłuszony przez napastnika na ziemię.

sobota, 25 lipca 2015

Psychodeliczne Y. rozdział VI

A oto i kolejny rozdział :) Miło wiedzieć że jednak ktoś czyta nasze piękne "dzieło". I jeśli takich osób jest więcej to nie krępujcie się, zostawcie po sobie komentarz, to na prawdę dobrze wpływa na samopoczucie autorek ;)

***********

Kiedy dotknął mojego penisa zajęczałem jak jakaś szmata i zwinąłem się w kłębek. Po chwili wsunąłem rękę w swoje spodenki i zacząłem robić sobie dobrze, prawie płacząc z zażenowania. Po chwili spuściłem się w swoją dłoń, ale nie mogłem przestać się dotykać, to było zbyt przyjemne, żebym mógł przestać.
 Otwarłem usta i jęknąłem cicho, podniecony do granic możliwości.
 - Wiem, że powinienem wyjść, ale nie potrafię - jęknąłem zrozpaczony nachylając się nad nim i ostrożnie przewracając go na plecy - przepraszam cię, Maya, tak bardzo przepraszam...
 Zsunąłem mu spodnie do kolan i delikatnie zacisnąłem palce na jego malutkim penisku. Polizałem go po całej długości i wziąłem go całego do ust zaczynając ssać go i przygryzać delikatnie, bawić się na nim językiem, robiąc z nim to samo, co kilka dni temu robiłem tej jego drugiej osobowości. Starałem się nawet bardziej, nie wiedziałem czemu. Jednocześnie chciałem jeszcze więcej, chciałem sobie też ulżyć, w nim, ale nie potrafiłem się do tego posunąć. Obiecałem sobie, że nie zrobię tego dopóki sam nie będzie chciał. A nawet gdyby teraz poprosił odmówiłbym, wiedziałem, że potem by tego żałował a tego nie chciałem.
 - Przepraszam - szepnąłem odrywając się od niego na moment i zdając sobie sprawę z tego, że mam w oczach łzy, sam nie wiedziałem czemu - powiedz, jeśli mam wyjść, jeśli nie chcesz mnie widzieć to zrozumiem.
 Delikatnie pocałowałem jego główkę głaszcząc palcami to maleństwo, takie przyjemne w dotyku. Nie zdziwiłbym się gdyby teraz powiedział, że nie chce mnie więcej oglądać. I wiedziałem, że gdyby tego chciał zrobiłbym to. Zniknąłbym z jego życia. Przecież nie miałbym u niego już żadnych szans, nie po tym, co mu teraz robiłem.
 - Ja nie... ja nie wiem, co mam zrobić, ja nie… - złapałem go za włosy i zacisnąłem na nich palce, sam nie wiedząc czemu i po co.
 Pociągnąłem go w górę, obejmując w pasie i plącząc jak dziecko, nawet nie wiem, kiedy usnąłem w jego ramionach, roztrzęsiony. Drżałem delikatnie przez sen, popłakując co jakiś czas i mocno się w niego wtulając
 Otworzyłem szeroko oczy zdumiony widząc jak zasypia. To tak się w ogóle da?.. Ja bym chyba nie potrafił. To uczucie było okropne, nawet najlżejszy dotyk w okolicach krocza sprawiał mi teraz ból nie do zniesienia, na zmianę robiło mi się duszno i lodowato. Chciałem iść sobie ulżyć, ale nie chciałem wypuszczać z ramion tego biednego maluszka, który dalej płakał, nawet przez sen. Głaskałem go delikatnie po główce tuląc do siebie mocno i szepcząc, że już wszystko jest w porządku, że już nie musi się niczego bać, że go nie skrzywdzę.
 W końcu mi przeszło, chociaż mój penis dalej domagał się uwagi racząc mnie szaleńczym bólem. Nie mogąc dłużej wytrzymać podniosłem się i trzymając się ścian dotarłem do łazienki. Po chwili już siedziałem na zimnej podłodze dysząc ciężko i dalej drżąc lekko. Boże, jaka ulga... Podniosłem się z trudem i wziąłem błyskawiczny prysznic, po czym wróciłem do Mayi. Rozebrałem go ostrożnie nie chcąc go zbudzić i nagiego zaniosłem do łazienki, umyłem dokładnie, wysuszyłem i odniosłem z powrotem do łóżka, gdzie naciągnąłem na niego piżamę.
 - Słodkich snów - szepnąłem całując go w czoło i kładąc się przy nim, tak na wszelki wypadek gdyby się zbudził i znowu źle poczuł.
 Zasnąłem właściwie od razu, strasznie wykończony. Zbudziłem się trochę przed budzikiem chłopaka i wyłączyłem go, kiedy tylko zaczął dzwonić. Poszedłem do kuchni i wyrzuciłem resztę curry, zabierając się za przygotowywanie śniadania, na które składało się kakao i całe mnóstwo różnych kanapek zrobionych ze świeżutkich bułek, po które poleciałem do sklepu.
 - Maya, wstawaj - szepnąłem kucając przy łóżku i głaszcząc chłopca po policzku - już i tak nie pobiegasz, za to zaraz spóźnisz się na zajęcia. No już, otwórz oczka, kakałko zaraz wystygnie.
 - Nie mam dzisiaj zajęć, już mam tylko zaliczenia, jest maj - mruknąłem cicho, przewracając się zażenowany na drugi bok - Przepraszam Cię za wczoraj, mogłem się domyślić. W końcu wielu świrów mnie obserwuje, on wyglądał normalnie, a zapomniałem, że tacy są najgorsi...
 Westchnąłem cicho i podniosłem się do siadu, obejmując się ramionami i patrząc tempo przed siebie.
 Westchnąłem smutno spuszczając wzrok.
 - Uważasz mnie za świra? - Mruknąłem cicho siadając na ziemi i opierając się plecami o łóżko. Złapałem jedną ze szklanek i upiłem łyka słodkiego napoju - w sumie głupio pytam. Przykleiłem się do ciebie jak głupi i łażę za tobą, mimo że nawet cię nie znam. Masz prawo tak o mnie myśleć, zwłaszcza po tym jak ci wczoraj... Przepraszam, zapomnij o tym. Nie powinienem, powinienem wyjść i dać ci trochę prywatności. Nie potrafiłem, wiesz? Tak bardzo chciałem się wtedy z tobą kochać, nie mam pojęcia, jakim cudem w ogóle się powstrzymałem. Ale i tak głupio się do ciebie dobrałem, i jeszcze spałem z tobą w jednym łóżku, przepraszam... Chyba będzie lepiej, jeśli sobie pójdę, prawda?
Podniosłem się i spojrzałem na niego z ledwo widocznym uśmiechem. W końcu usiadłem przy nim i przytuliłem go ostrożnie przeczesując ciemne włosy palcami.
 - Nie rób takiej minki, przecież nic się nie stało, prawda? Każdemu może się zdarzyć, to nie twoja wina. Jak go następnym razem spotkasz to powiedz, że czeka go ode mnie wpierdol. I zjedz coś, musisz być strasznie głodny. Nie bój się, nic nie dodałem.
 Uśmiechnąłem się pod nosem i puściłem go wstając z łóżka i wsadzając sobie do kieszeni portfel, który zostawiłem na szafce.
 - Nie uważam, że jesteś świrem, polubiłem Cię. To był pierwszy raz, gdy mnie ktoś dotykał, może i miałem kilka dziewczyn, ale ja nigdy tego nie robiłem, ja nawet się nie całowałem - zarumieniłem się okropnie i odwróciłem głowę do okna.
 Podkuliłem nogi pod klatkę i zacząłem wcinać śniadanko, które Michael dla mnie przygotował.
 - Cieszę się - uśmiechnąłem się delikatnie odwracając przodem do niego - w takim razie będę mógł ukraść ci pierwszy pocałunek. Ale jeszcze nie teraz, prawda?
 Usiadłem przy nim całkowicie zapominając o tym, że miałem sobie iść i też zacząłem jeść. Kanapek było na tyle dużo, że spokojnie wystarczyłoby dla pięciu osób, nie powinno nam braknąc.
 - Ej, no nie rob takiej miny - zaśmiałem się cicho i objąłem go delikatnie pociągając na siebie, tak, że oparł się o mnie - okoliczności cię do tego zmusiły, więc nie możesz się obwiniać. No i to na prawdę nie twoja wina, a jeśli chodzi o to, że jesteś na mnie zły... Jakoś to przeboleję i nie puszczę cię, dopóki mi nie odpuścisz.
 Pokiwałem poważnie głową i mocniej go do siebie przyciągnąłem, szczerząc się jak głupi.
 - Proszę, jeszcze na to za wcześnie - odsunąłem się od niego okropnie zawstydzony - Nie masz pracy? Masz tak ogromny dom, że musisz coś robić...
 Uśmiechnąłem się pod nosem, kończąc jeść i położyłem się na boku, wtulając w ogromnego misia i zamykając oczy. Nadal byłem zmęczony i od czasu do czasu przechodziły mnie dreszcze, to nie było przyjemne.
 - Nie przepadam za kontaktem cielesnym, przeraża mnie...
 Pokiwałem głową i odstawiłem tackę na szafkę, kładąc się koło chłopaka, ale zachowując odstęp.
 - Szef daje mi znać kilka dni wcześniej zanim ktoś przyjeżdża - oznajmiłem wyciągając rękę i głaszcząc chłopaka po włosach, to mu chyba nie przeszkadzało - i wprawdzie mam teraz trochę papierów do uzupełnienia, ale mam na to czas, nigdzie się nie spieszę. Powiedz mi... Jesteś dziwny. Z jednej strony strasznie ufny, z drugiej boisz się być z kimś bliżej. Kto cię skrzywdził tak bardzo, co?
 Przechyliłem głowę patrząc na niego z troską. Takie zachowanie raczej nie było normalne, a to wytłumaczenie nasuwało się od razu.
 - Kiedy miałem 7lat mój ojciec zgwałcił na moich oczach mamę i ją udusił, a potem wyskoczył przez okno. Potem przez dwa lata mieszkałem u wujka, codziennie kazał mi siadać na swoich kolanach i mnie dotykał, powiesił się. Byłem w czterech rodzinach zastępczych, każda z nich zginęła w jakiś sposób, zawsze tylko ja przeżywam. Nie przywiązuję się do ludzi, bo prędzej czy później oni zginą, robiąc mi wcześniej dużo złych rzeczy - uśmiechnąłem się smutno i podniosłem z łóżka, wychodząc na balkon i tam odpalając papierosa.
 Westchnąłem cicho i wstałem z łóżka żeby zajść chłopca od tyłu i zabrać mu papierosa z ręki.
 - Dzieci nie powinny palic - mruknąłem posyłając mu ciepły uśmiech - nie smuć się, dobrze? Wiem, że czasem trudno jest o czymś zapomnieć, zwłaszcza o tych złych rzeczach, ale nie można wiecznie żyć przeszłością. Zobaczysz, że kiedyś znajdzie się ktoś, kogo bez problemu przytulisz i komu pozwolisz się dotknąć. Krok po kroku i dasz sobie radę. Jesteś dzielnym chłopcem skoro wytrzymałeś już tyle, dalej będzie tylko łatwiej.
 Delikatnie pogłaskałem go po włosach i odgarnąłem kilka ciemnych kosmyków z jego twarzy. Biedaczek... Rzadko spotyka się ludzi, którzy przeszli tak dużo i tak dobrze to znieśli. Maya był na prawdę wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju.
 - Wejdź do środka, prześpij się może jeszcze skoro nie musisz nigdzie iść - uśmiechnąłem się zakładając mu włosy za uszy - nie wyglądasz najlepiej, wiesz? A trochę szkoda by było gdybyś się teraz pochorował, jest taka piękna pogoda, że to nawet nie wypada chorować...
 - Idę do pracy na 12 i dziś pracuję do 18 - uśmiechnąłem się delikatnie - Nie jestem dzieckiem, to, że tak wyglądam nie znaczy, że nie mogę palic...
 Zabrałem mu swojego papierosa i dopaliłem go, gasząc potem w popielniczce.
 - Staram się nie żyć przyszłością, ale gdy ktoś mnie dotyka, przechodzą mnie dreszcze, a jak się zapędza to zaczyna mi być niedobrze, czasami jak jakiś klient wsunie mi łapę pod spodniczkę to robi mi się czarno przed oczami - mruknąłem, patrząc w sufit.
 - Przepraszam, nie wiedziałem - westchnąłem cicho spuszczając wzrok - nie dotknąłbym cię wczoraj gdybym wiedział. Ale wiesz co? - Uśmiechnąłem się szeroko czochrając jego włoski - mówisz, że tak bardzo się boisz a sam się do mnie przytuliłeś. To chyba znaczy, że nie jest z tobą tak źle i że mogę cię teraz uściskać, co nie?
 I kolejny przejaw mojej głupoty. Przysunąłem się do niego i objąłem delikatnie głaszcząc po plecach i całując w czoło. Okropny maluch, czułem się przy nim jak niewyżyty ojciec, który koniecznie musiał zając się swoim dzieckiem.
 Sapnąłem ze zdziwienia i zacząłem drżeć w jego ramionach, stojąc jak sparaliżowany i nie mogąc się ruszyć. Dopiero, gdy mnie puścił odsunąłem się trochę i przysiadłem na krześle, patrząc na jego stopy. Ładnie pachniał i był mięciutki, ale nie potrafiłem zapanować nad reakcjami swojego ciała.
 - Przepraszam - szepnąłem cicho.
 Kucnąłem przed nim i delikatnie chwyciłem jego dłoń, splatając z nim palce.
 - Nie, to ja przepraszam - uśmiechnąłem się głaszcząc delikatnie jego dłoń - już nie będę, poczekam aż sam będziesz miał ochotę, dobrze?
 Delikatnie pocałowałem jego dłoń uśmiechając się pokrzepiająco i patrząc mu w oczy. To na pewno nie było nic przyjemnego, nie móc się do kogoś przytulić. Ja sam strasznie żałowałem. No, ale mieliśmy przed sobą całe życie, mogłem spokojnie poczekać, nie spieszyło mi się nigdzie.
 - Pojdę się umyć, muszę się zacząć przygotowywać do pracy - odsunąłem się delikatnie, zabierając rękę i poczłapałem do łazienki, zamykając za sobą drzwi.
 Napuściłem sobie wody do wanny i położyłem się w środku, myśląc o tym człowieku, który ostatnio zaprzątał moje myśli. Był trochę irytujący, miałem wrażenie, że wszystko, co robi jest po to, żeby zaciągnąć mnie do łóżka. Jeśli mu to dam, to pewnie więcej go nie zobaczę. Może tak będzie lepiej... Dam mu to zrobić i już nigdy więcej się nie spotkamy.
 Uśmiechnąłem się delikatnie i usiadłem na łóżku, czekając na chłopaka. Kiedy w końcu się pojawił podałem mu rękę i pocałowałem w czoło.
 - Chodź, podwiozę cię, i tak mam po drodze do domu - pogłaskałem go lekko po głowie - będę na ciebie czekał pod mieszkaniem, o 19 musimy być w teatrze, to niedaleko.
 Otworzyłem drzwi ferrari od strony pasażera uśmiechając się i czekając aż wsiądzie.
 - Nie mogę. O 21 robi się ciemno, nie zdążę wrócić do domu, przepraszam - uśmiechnąłem się smutno, zamykając za sobą mieszkanie.
 Stanąłem przed jego autem i westchnąłem ciężko.
 - Jedź prosto do domu, mam przecież 3minuty drogi, a na razie nie jest jakoś bardzo gorąco - obróciłem się na pięcie i poczłapałem do kawiarenki, od razu idąc na zaplecze i wskakując w seksowny strój pokojówki.
 - Maya, co z tobą? - Szepnąłem cicho patrząc za nim ze smutkiem. W końcu wsiadłem do auta i przełożyłem spektakl, pojechałem do domu, przebrałem się, znowu do auta i do kawiarenki Mayi. Tam długa rozmowa z jego szefem i wymiana "towarów". Z mojej strony padła ładna sumka, z jego dzień wolnego dla Mayi. Obiecał od razu odesłać go do domu, więc musiałem się streszczać. Do kwiaciarni, po bukiet pastelowych róż, przepiękny, na dodatek idealnie pasujący do Mayi. Między kwiaty powciskałem kilka malinowych czekoladek, kupiłem nam po lodzie i usiadłem na oparciu ławki przed blokiem chłopaka, co chyba niezbyt pasowało do mojego ubioru, starannie skrojonego garnituru.
 Kiedy szef nagle powiedział mi, że mam dziś wolne, okropnie się zdziwiłem. Przebrałem się w normalne ciuchy i zacząłem iść w kierunku domu. Zahaczyłem jeszcze o sklep po zakupy i poczłapałem już prosto do mieszkania. Uśmiechnąłem się delikatnie, znowu go widząc i przechyliłem głowę, zastanawiając się poważnie, kiedy da sobie ze mną spokój.
 - Czy dasz się porwać do teatru, panie mojego serca? - Zamruczałem zeskakując z ławki na jego widok i kłaniając się nisko - wszystko już na nas czeka, musisz się jedynie przebrać i pozwolić uprowadzić na krótki czas, żeby najlepsi aktorzy w kraju mogli zaprezentować przed tobą twoją ulubioną sztukę.
 Wręczyłem mu kwiaty uśmiechając się cały czas jak głupi. Miałem nadzieję, że nie będzie zły, ale to przecież było jedyne rozwiązanie, żeby ze mną poszedł, prawda? A dzień wolnego, spędzony w malutkiej salce przed deskami teatru wynajętej tylko dla nas sali nie powinien być jakiś nieprzyjemny.
 - Nie mam w co się ubrać - mruknąłem cicho, wpuszczając go przodem do mieszkania.
 Włożyłem bukiet do flakonu i otworzyłem szafę na oścież, przeglądając ja z cichym westchnieniem. Naprawdę no... nawet garnituru nie miałem. W mojej kolekcji była za to jedwabna suknia w kolorze moich oczu, dostałem ją kiedyś od kogoś, co prawda już nie pamiętam kogo ale ją miałem.
 - Ubierz ją - z uśmiechem podszedłem do niego od tyłu i ściągnąłem z wieszaka sukienkę - pasuje do ciebie. A skoro na co dzień chodzisz w sukience pokojówki, to to chyba nic strasznego, co nie? Poza tym musisz wyglądać w tym pięknie, pasuje ci do oczu.
 Uśmiechnąłem się delikatnie kładąc dłoń na jego policzku i patrząc w te piękne tęczówki. W końcu delikatnie pocałowałem go w czoło i odsunąłem się, kładąc mu sukienkę na rękach.
 - Jeśli jesteś głodny to mogę coś jeszcze przygotować przed wyjściem, może zdążymy - już z normalnym uśmiechem zajmującym pól twarzy wskazałem palcem kuchnię - a tak w ogóle to jak ci się podobam w czymś takim? Bo ja się czuje fatalnie.
 Zaśmiałem się drapiąc po głowie, przez co musiałem poprawić włosy związane w długi ogon.
 - Dużo lepiej niż w przetartych jeansach - uśmiechnąłem się delikatnie i poszedłem do łazienki.
 Przeczesałem włosy, nakremowałem buźkę i założyłem sukienkę, a na stópki czarne creepersy, uwielbiałem w nich chodzić.
 - Może być? - zapytałem cicho, stając w drzwiach okropnie zawstydzony.
 Aż otworzyłem usta ze zdumienia widząc tą piękność przede mną.
 - Boże święty, zobaczyłem anioła - szepnąłem cicho podchodząc do niego powoli i chwytając jego dłoń tak ostrożnie, jakby był nie człowiekiem, ale porcelanową laleczką - jesteś piękny, to już wiesz, ale... W tym wyglądasz wspaniale. Nigdy nie widziałem czegoś tak pięknego jak ty.
 Uśmiechnąłem się z czułością i pocałowałem go w czoło delikatnie zakładając mu niesforny kosmyk za ucho. Boże, zakochałem się właśnie, do szaleństwa. Jeśli wcześniej nie potrafiłem nazwać tego, co czułem do chłopaka, to w tym aniele przede mną stanowczo się zakochałem.
 - Chodźmy, bo się spóźnimy... Kupiłem nam lody, ale trochę się rozpuściły, są w lodowce. Kupię nam może nowe?..
 Pokręciłem głową i trochę zmieszany chwyciłem ostrożnie jego dłoń, prowadząc go do drzwi.
 - Nie jestem głodny, po prostu chodźmy - zamknąłem za nami mieszkanie i wsiadłem z nim do auta.
 Przez całą sztukę myślałem, co mam zrobić. Starałem się skupić na przedstawieniu, ale aktorzy grali tak nieprawdziwie, że aż mi się nie chciało. Tak to jest, czy lepiej zarabiający aktor, tym gorzej gra, no przynajmniej w teatrze. W końcu ten spektakl dobiegł końca, a ja nadal nie wiedziałem, co mam zrobić
 Przysypiałem cały czas nie mogąc utrzymać otwartych oczu.
 - To co, chyba muszę cię już odwieść, co? - Uśmiechnąłem się delikatnie podając rękę chłopcu i pomagając mu wstać, kiedy spektakl wreszcie się skończył - chyba, że pozwolisz zabrać się jeszcze do restauracji na obiad, albo coś w tym stylu?
 Spojrzałem na niego z nadzieją w oczach i delikatnie zacisnąłem palce na jego dłoni. Nie chciałem go jeszcze puszczać, był zbyt piękny żebym mógł rozstać się z nim do samego wieczora.
 - Możemy iść coś zjeść, chciałbym z Tobą porozmawiać - uśmiechnąłem się delikatnie i pozwoliłem zaprowadzić się do auta.
 Po chwili byliśmy już w jasnej i przestronnej restauracji, siedzieliśmy przy oknie z dobrym widokiem na park, który był po drugiej stronie ulicy.
 - Powiedz mi, czego Ty ode mnie chcesz? Zupełnie Cię nie rozumiem. Nie jestem bogaty, nie jestem nikim wysoko postawionym, nie jestem jakaś zajebistą laską. Jeśli chcesz mnie tylko przelecieć to lepiej od razu sobie odpuść.
 - Czemu miałbym czegoś od ciebie chcieć? - Przechyliłem lekko głowę patrząc z zaciekawieniem na chłopaka - nie rozmawiamy z ludźmi tylko dlatego, że mamy do nich jakiś interes, co nie? Czasem rozmawiamy po prostu dla przyjemności. Lubię z tobą rozmawiać, tak po prostu, bez powodu. Wprawdzie masz rację, chciałbym, jak to ładnie ująłeś, przelecieć cię, ale wiem, że ty tego nie chcesz, a ja nie mam zamiaru cię do niczego zmuszać, więc po prostu sobie odpuszczę. Nie musisz się o to martwic, na prawdę.
 Uśmiechnąłem się delikatnie i wyciągnąłem rękę żeby przeczochrać jego starannie ułożone włosy. Mały głupek, na prawdę martwił się czymś takim?..
 - Tyle, że ja znam takich jak Ty. Bogatych dupków, którzy chwile się pokręcą, zasypią prezentami, drogimi ciuchami, słodyczami, kwiatami. Nawet zapraszają na różne wycieczki. Pobawią się i jak nie dam im tego, czego chcą to spiętrzają szybciej niż się pojawiają. Dlatego powiedz mi od razu, czego oczekujesz? I jak długo masz zamiar się bawić, bo nie chcę się przywiązywać do kolejnego błazna - spojrzałem na niego wzrokiem człowieka, który naprawdę dużo przeżył i jest znudzony taką sytuacją.
 Westchnąłem ciężko i przechyliłem głowę już sam nie wiedząc jak mam się z nim obchodzić.
 - Gdybym chciał od ciebie tylko seksu zrobiłbym to wczoraj - stwierdziłem patrząc na niego poważnie - nawet byś się nie opierał, oboje o tym wiemy. Więc jak myślisz, czemu tego nie zrobiłem? Bo raczej nie dlatego że jestem masochistą albo kręci mnie wieczne czekanie. Po prostu cię lubię debilu, nic więcej. Skończ już z tym głupim gadaniem, to bez sensu. Jak mi nie wierzysz to poczekaj, przekonasz się, że nie mam zamiaru cię zostawić samego. Możesz mnie nazywać dupkiem, błaznem czy co ci tam jeszcze przyjdzie do tej głupiej łepetynki, ale to mnie wcale nie zniechęci.
 Uśmiechnąłem się szeroko i znowu go poczochrałem. Kelnerka akurat przyniosła nam zamówione jedzenie, więc zabrałem się za nie z apetytem, znowu byłem cholernie głodny.
 Westchnąłem cicho i pokręciłem noskiem nie wiedząc, co odpowiedzieć. W końcu po prostu zabrałem się za jedzenie.
 - No zobaczymy ile ze mną wytrzymasz... - zaśmiałem się rozbawiony.
 Skończyłem jeść i zamówiłem sobie na deser jabłecznik z lodami i bitą śmietanką.
 - Pychotka... - zamruczałem - Dodali gruszek, spróbuj.
 Otworzyłem usta i kiedy wylądowała w nich łyżeczka z lodami zrobiłem poważną minę znawcy.
 - Masz rację, dobre - oznajmiłem kiwając głową i w końcu uśmiechnąłem się szeroko - Mamy jeszcze trochę czasu do zachodu słońca, chcesz się gdzieś przejść? Teraz ty wybierasz, na dzisiaj skończyły mi się pomysły.
 Po raz kolejny dzisiaj wyciągnąłem rękę i przeczesałem jego włosy, delikatnie drapiąc go przy tym za uchem.
 - Próbujesz mnie oswoić? - zapytałem rozbawiony, wskazując na jego dłoń.
 Uśmiechnąłem się delikatnie, wycierając usteczka z lodów i podniosłem się powoli. Rozejrzałem się jeszcze po sali i spojrzałem na mężczyznę.
 - Możemy iść na spacer do tego parku, bardzo go lubię, jest tam taka ładna fontanna - teraz to ja wyciągnąłem rękę, żeby mnie za nią złapał.
 - Jasne - uśmiechnąłem się szeroko podnosząc się z krzesła i zapłaciłem za wszystko, ciągnąc Mayę w stronę parku - i nie, nie próbuję cię oswoić, ale jeśli chcesz to mogę spróbować.
 Objąłem go delikatnie w pasie uśmiechając się szeroko, szczęśliwy jak cholera. Ostrożnie głaskałem go po boku patrząc na niego i nie mogąc oderwać wzroku od tej ślicznej buźki.
 - Znowu się gapisz - burknąłem cicho i odwróciłem głowę, żeby nie mógł na mnie patrzeć.
 Fuknąłem cicho widząc kobietę z wielkim rottweilerem. Kiedy ten wielki stwór przysunął się do nas i zaczął szczekać, zapiszczałem przestraszony i nastroszyłem się jak kot, wskakując Michaelowi na ręce i sycząc jak kocur. Wbijałem mu pazury w plecy i patrzyłem przestraszony na psa.
 - Heej, księżniczko, nie panikuj tak - zaśmiałem się i odszedłem od psa kłaniając się lekko kobiecie, która zaczęła przepraszać - już dobrze, poszedł sobie, widzisz? Już nie ma psa, nie bój się kociaku. Na prawdę zachowujesz się jak kot, syczysz i wskakujesz na drzewo, i jeszcze drapiesz na dodatek.
 Uśmiechnąłem się idąc dalej i nie mając zamiaru stawiać chłopca na ziemi. Skoro sam wskoczył to już nie moja wina, co nie? Teraz musiał zgodzić się na bycie noszonym, a dla mnie to nie był problem, był malutki i leciutki jak piórko.
 - Nie lubię psów, już mnie jeden pociachał i do dzisiaj mam blizny na nodze - nadąłem policzki i objąłem go rękoma za szyję - Pamiętam jak był tu zakaz wprowadzania psów, to były czasy.
 Westchnąłem cicho, kręcąc głową i odwróciłem wzrok, szukając więcej tych głupich stworzeń.
 - Oj, głupolu - zaśmiałem się patrząc na niego rozbawiony - w takim razie może na prawdę lepiej żebyś nie przyjeżdżał do mnie do domu?.. Wprawdzie nie mam psów, ale za to mam wilka - wyszczerzyłem się jak głupi - jest jeszcze malutki i spokojny, mówię ci, cudowny. I ma takie zajebiste futerko, boże, jak tylko o nim pomyślę...
 Zapiszczałem jak szczęśliwe dziecko przyciskając chłopca mocno do siebie. Mój mały pieszczoszek, ostatnio rzadko go widywałem, w ogóle rzadko wracałem do domu, ale jednak... Miałem słabość do tego zwierzaka, był cudowny.
 - No widzisz, no to już nie przyjadę do Ciebie do domu - uśmiechnąłem się delikatnie - powinieneś poświęcać mu czas, bo ci zdziczeje. Ja zwierzątkiem nie jestem, więc się tym nie przejmuj - ziewnąłem.
 Zsunąłem się z jego rąk, bo właśnie doszliśmy do mojego bloku.
 - Bardzo Ci dziękuję za dzisiaj, możesz wejść, jeśli masz ochotę, ale powinieneś wracać do swojego zwierzaka...
 - Daj spokój, nie zdziczeje - uśmiechnąłem się delikatnie łapiąc go za rękę i odgarniając kilka niesfornych kosmyków z jego twarzy - ale masz rację, pójdę już. Jeszcze za szybko ci się znudzę i tyle z tego będzie. Dobranoc kocie, miłych snów.
 Z delikatnym uśmiechem pocałowałem go w czoło głaszcząc po policzku i odsunąłem się z niechęcią puszczając jego dłoń. W końcu pomachałem mu jeszcze i wsiadłem do auta, od razu zrzucając z siebie garnitur i odbierając wreszcie komórkę, która dzwoniła od kilku godzin. Okazało się, że to Miyo. Z westchnieniem rozłączyłem się i wymieniłem kartę w komórce, która od razu się rozdzwoniła. Wysłuchałem, co mają mi do powiedzenia i przytaknąłem rozłączając się i wysiadając z auta. Z westchnieniem poczłapałem pod mieszkanie Mayi i zapukałem do drzwi.
 - Jednak nie jadę do domu - uśmiechnąłem się smutno, kiedy w końcu otworzył - muszę jechać do Europy na kilka tygodni, wiesz? Rano wyjeżdżam. Mogę wejść?
 Wskazałem palcem wnętrze mieszkania. Czyli nie zobaczymy się przez jakiś miesiąc... Cholera. Chujowa sprawa, nie miałem ochoty wyjeżdżać, noo... Za dobrze mi tu z nim było.