- Nie, nigdzie nie byłem - złapałem go za rękę i wskoczyłem mu na plecy, owijając go nogami w pasie i rękoma za szyję, byłe by tylko nie dotykać tego psa.
- Powinieneś go oddać do zoo, był by pod stałą opieką weterynarzy i może jakaś mama wilk by go przygarnęła, albo dołączyłby do watahy i miał przyjaciół - pokiwałem poważnie głową i podskoczyłem, gdy ten mały skurwiel zrobił to samo.
- Może, ale to by znaczyło, że żyłby w więzieniu - uśmiechnąłem się smutno schylając się i głaszcząc psiaczka po karku - zaraz przyniosą ci twoje łóżeczko i mleczko, dobrze? Nie rozrabiaj za bardzo, nie chcemy kłopotów.
Podniosłem go i pocałowałem w nosek, po czym odłożyłem na łóżko i wyszedłem z pokoju zamykając drzwi na klucz. Szybko ruszyłem długim korytarzem do wyjścia i odetchnąłem czując delikatny wiatr na twarzy.
- A koty lubisz? - Uśmiechnąłem się idąc szybkim krokiem w stronę centrum - duże koty? Bardzo duże koty? Bałbyś się takiego?
- Nie, nie mam nic do kotów. Uwielbiam pantery śnieżne są piękne, zawsze chciałem mieć jedną, ale wiem, że to nie wykonalne - zeskoczyłem z uśmiechem na ziemię i przeciągnąłem się jak kot.
- Chcę to zjeść - mruknąłem, wskazując mu na pizzę w rożku.
Wyglądała smakowicie, jak połączenie moich dwóch ulubionych rzeczy, rożkowych lodów i pizzy.
- Obie rzeczy są wykonalne - zaśmiałem się i złapałem go za rękę wciągając do środka i kupując mu pizzę, sobie też - będzie pantera śnieżna. O ile przekonasz się do Booty, bo jeśli ty chcesz zwierzaka to ja też, koniec kropka.
Pokiwałem poważnie głową i kupiłem nam jeszcze picie, oczywiście różową oranżadę. Wyszedłem z nią z powrotem na słońce i zacząłem iść powoli, cały czas rozglądając się za lodami, na które miałem cholerną ochotę.
- Nie miałbym gdzie jej trzymać, a co do tego psa zdania nie zmienię. Jeśli będzie trzeba wyprowadzę się na drugi koniec kraju, żeby go unikać - pokiwałem poważnie głową.
Złapałem rożka z pizzą i wsunąłem go błyskawicznie. Michael zrobił tylko jednego gryza, więc uznałem, że mu nie smakuje i zabrałem jego porcję, wsuwając ją jak mały odkurzacz.
- Ups... - zaśmiałem się, oblizując palce.
Wywróciłem oczami rozbawiony i złapałem go za rękę wracając do sklepu po jeszcze trzy takie rożki. Wręczyłem mu dwa samemu zajmując się jednym i już z czystym sumieniem ruszając przed siebie.
- Smakuje widzę - zaśmiałem się patrząc na niego rozczulony - jak czegoś chcesz to nie krępuj się tylko mów głuptasie, a nie wyżeraj mi...
Kiedy skończył jeść wyciągnąłem z przewieszonej przez ramię torby nawilżane chusteczki i wytarłem mu buźkę i łapki, mały brudasek, noo...
Zakręciłem noskiem jak króliczek i złapałem go pod rękę, bo zakręciło mi się w głowie od tego gorąca.
- Za ciepło... - mruknąłem cicho -Wiesz, że w Japonii jest rezerwat wilków? Żyją na wolności, ale są oswojone z ludźmi i nadzorowane tylko po to, żeby wiedzieć czy ludzie nie robią im krzywdy. Mógłbyś go tam oddać, myślę, że byłby szczęśliwy. Znalazłby sobie jakąś samiczkę, czy coś. Ty też powinieneś, a nie oglądasz się za młodszymi facetami - wywróciłem oczami.
- Nie lubię kobiet - mruknąłem obejmując chłopca w pasie i trzymając go mocno - masz, chłodne. Chcesz usiąść?
Podałem mu butelkę z oranżadą i posadziłem go na ławce w cieniu, samemu odchodząc na chwilę i wracając z dwoma rożkami lodów.
- Ten twój, taki jak ostatnio sobie wybrałeś - usiadłem przy nim z uśmiechem i zacząłem wcinać swojego, czekoladowego - może masz rację i rzeczywiście powinienem go oddać... Ale strasznie go polubiłem, wiesz? Jest taki kochany, uwielbiam go. Śpi ze mną i tak słodko się tula...
Westchnąłem ciężko wlepiając wzrok w niebo nad nami. Maya miał rację, nie powinienem go trzymać w domu, mimo że miał tam wszystko. Pełno trawki do hasania, jedzonko, opiekę... Wszystko, czego mógł sobie zażyczyć.
- Już ci lepiej? - Mruknąłem w końcu przenosząc wzrok na chłopaka i posyłając mu wymuszony uśmiech - nie wyglądasz już tak źle jak przed chwilą.
- Tak, dziękuję. Przestań smutać głupi. Wiem, że jest Ci smutno, ale jemu tam będzie lepiej. Praktycznie nie ma Cię w domu, a to dzieciak, jest samotny. Podróżujesz, a on powinien zostać i założyć rodzinę - poklepałem go po plecach i zacząłem wcinać lody, popijając oranżadkę.
- No chodź tu - zaśmiałem się, obejmując go w pasie i całując w policzek.
- Wiem przecież - zaśmiałem się smutno i zamknąłem oczy wtulając się w chłopaka jak dziecko - nie jestem głupi, po prostu go lubię, noo... I muszę go zostawić, bo muszę. Gdzie tu jest sprawiedliwość, co?
Westchnąłem ciężko wsuwając nos w zagłębienie miedzy szyją a ramieniem chłopaka i zaciągając się jego delikatnym, słodkim zapachem.
- Oddam go jak tylko wrócimy - szepnąłem cicho - tak powinno być dobrze, co nie? Za to kupię sobie zwykłego psa i będę go rozpieszczał.
Westchnąłem odsuwając się od chłopaka i z markotną miną zlizując sobie lody ściekające po palcach.
- No to na chuj go oddajesz jak zamiast tego kupujesz zwykłego psa? - westchnąłem cicho, kręcąc głową niezadowolony.
- Poza tym skoro już mnie uprowadziłeś i będziemy mieszkać w jednym pokoju, spać w jednym łóżku, to musimy ze sobą chodzić. Nie chcę zostać nazwany dziwką, ani jakąś panienką do towarzystwa.
- Przecież już się zgodziłeś ze mną chodzić, zapomniałeś? - Uśmiechnąłem się patrząc na niego z ukosa - więc ze sobą chodzimy. I chcę mieć jakiegoś zwierzaczka, może nie wyglądam, ale też jestem człowiekiem i potrzebuję chociaż trochę tulania. A skoro nikt mi go nie chcę zaoferować...
Wzruszyłem ramionami i wstałem z ławki żeby wyrzucić chusteczkę do stojącego obok kosza. Wyciągnąłem do chłopaka rękę i pomogłem mu wstać znowu ruszając przed siebie.
- Ale nie kupuj pieska, to obiecuję Cię częściej odwiedzać. Możesz spać u mnie przez cale wakacje jak będziesz grzeczny i nie będziesz się dobierał do mojego tyłka. Możesz mnie tylko przytulać, zobaczymy, co potem... - uśmiechnąłem się, obejmując go w pasie i opierając czoło o jego plecy.
- Musisz być grzeczny, zgoda?
Pokiwałem głową szczęśliwy jak dziecko i odwróciłem się przodem do niego przytulając go mocno.
- Bardzo grzeczny - szepnąłem wplatając palce w jego włosy - ale nie odkrywaj się więcej tak jak dzisiaj, na prawdę trudno się powstrzymać, kiedy widzi się taką piękność jak ty z koszulką podwiniętą pod samą szyję...
Uśmiechnąłem się delikatnie i pocałowałem go w czoło. Kochany głuptasek...
- Nawet nie wiesz jak ja cię kocham - szepnąłem ledwo słyszalnie i w końcu się od niego odsunąłem łapiąc go za rękę - chodź, musimy ci kupić jakieś ubrania na jutro. Wiesz, mam jutro... bardzo ważne... spotkanie... i albo zostaniesz w hotelu albo pójdziesz ze mną, ale musisz wyglądać pięknie. Wolałbym żebyś został - dodałem jeszcze i uśmiechnąłem się delikatnie zabierając mu picie i chowając je z powrotem do torby.
- Nie muszę jutro z Tobą iść, o ile weźmiesz ze sobą psa - pokiwałem poważnie głową.
- I możesz mi kupić jakiś strój kąpielowy, mamy basen przy hotelu - wskazałem mu sklep ze strojami kąpielowymi i bielizną.
Zaciągnąłem go do środka i wybrałem sobie kilka ślicznych bokserek w pastelowych kolorach. Z kwiatuszkami, koronką i innymi ładnymi dodatkami. Do tego różowy strój kąpielowy z falbankami.
- Nie mogę go wziąć bez stanika - naburmuszyłem się okropnie.
- Nie mogę go ze sobą wziąć - mruknąłem kręcąc głowa - to... emm... no na bal idę... Nie wpuszczą mnie ze zwierzakiem, zresztą i tak będę miał problem z przejściem. Nie mam oryginalnego biletu.
Zaśmiałem się drapiąc się po głowie i zacząłem szukać w strojach czegoś też dla siebie. Spojrzałem na chłopca kiedy się naburmuszył i pokiwałem głową.
- I dobrze, będziesz wyglądał słodziutko - uśmiechnąłem się delikatnie - a ten? Ten też jest mega słodki.
Pokazałem mu damski, jednoczęściowy strój w jednorożce, z krótką falbanką na dole wyglądającą jak spódniczka.
- Mi się podoba...
- Jest śliczny - wyszczerzyłem się zadowolony i poleciałem do przymierzalni - Podoba Ci się?- zarumieniłem się słodko, pokazując mu się w stroju.
- Najwyżej poczekam na Ciebie w barze, tylko postaraj się wrócić szybko, bo będę zmuszony kogoś wyrwać - zaśmiałem się i przebrałem w swoje ciuchy.
- Chyba, że bardzo chcesz, żebym poszedł z Tobą.
Podszedłem do niego i objąłem go delikatnie w pasie zbliżając usta do jego ucha, żeby mieć pewność, że nikt nas nie usłyszy.
- Lubisz trupy? - Szepnąłem cicho i odsunąłem się z szerokim uśmiechem, przechylając głowę - jeśli tak to jasne, że wezmę cię ze sobą. To jak, jedziesz? Bo musielibyśmy kupić ci jakąś ładną sukienkę, gejów nie wpuszczają.
Zaśmiałem się cicho i złapałem wszystkie stroje, które mu się podobały + jeden, który powinien pasować na mnie i zaniosłem wszystko do podliczenia.
- Myślę, że mogę poczekać w barze- zaśmiałem się i wskoczyłem mu na plecy, obejmując go nogami w pasie - Porozmawiajmy o czymś ciekawym... co uważasz o tych beznadziejnych aktorach?
Uśmiechnąłem się delikatnie, opierając głowę o jego szyję.
- Mógłbym w sumie z Tobą iść, ale trochę się boję, że mógłbym coś zepsuć, a wolałbym nie - pocałowałem go w policzek.
- Przykro mi, ale nie dasz rady nic zepsuć - zaśmiałem się cicho wychodząc ze sklepu - i tak muszę wsiąść kogoś ze sobą, nie byłbym za bardzo wiarygodny gdybym przyszedł sam. Mam przydzieloną taką jedną laskę, ale ona jest tak strasznie nieznośna... Mówię ci, nie da się z nią wytrzymać...
Westchnąłem z rezygnacją przebiegając przez ulicę do cienia, nie miałem zamiaru łazić po słońcu, stanowczo.
- Dobra, mogę z Tobą iść, bardzo chętnie, ale musisz mi wybrać śliczną sukienkę, do ziemi, nie mogę wyglądać jak dzieciak - wyszczerzyłem się radośnie.
- Ale okropny upał, a ja znowu jestem głodny, chodźmy na jakieś pyszne jedzonko. Nie lubię szwedzkiego stołu, nie mogę go się nigdy zdecydować, co mam wybrać, jest zbyt dużo rzeczy - nadąłem policzki.
- Więc idź po kolei - zaśmiałem się rozbawiony szukając wzrokiem jakiejś restauracji - ja tak robię. Liczę ile dni zostanę, ile jest dań, potem to dzielę i codziennie jem po kilka, tak żeby zjeść wszystko przez cały pobyt. Ewentualnie jak coś mi posmakuje to do tego wracam.
Uśmiechnąłem się szeroko i wszedłem do chłodnego pomieszczenia pachnącego kwiatami i dobrym winem. Posadziłem Mayę przy stoliku samemu zajmując miejsce naprzeciwko niego i przeglądając kartę.
- Nie znasz francuskiego, co nie?
Uśmiechnąłem się i przysunąłem krzesło tak, żeby siedzieć koło niego. Położyłem przed nami menu i zacząłem tłumaczyć mu na japoński nazwy wszystkich potraw, czasem podając skład, jeśli nigdy się z czymś takim nie spotkałem.
- Nie lubię restauracji, jak nie widzę jedzenia to nie mam pojęcia, co wybrać...
-Też nie, nigdy nie wiem co wybrać, wezmę to - westchnąłem, wskazując którąś z potraw i uśmiechając się do mężczyzny - Polubiłem Cię, jesteś naprawdę miły. Tylko boję się, że szybko Ci się znudzę. Nie potrafię dać Ci tego, czego oczekujesz. To nie jest dla mnie takie proste, żeby przemóc się i chociaż Cię pocałować.
Przesiadłem się naprzeciwko niego i oparłem rękę na stole, a na niej brodę.
- Już mówiłem, mogę czekać ile tylko chcesz - uśmiechnąłem się delikatnie - mogę czekać miesiąc, rok, dziesięć lat... Jeśli kiedyś będę mógł cię pocałować, mogę czekać nawet wieczność. Nie spiesz się, nie chcę cię do niczego zmuszać. I nie bój się, nie znudzisz mi się tak szybko jakbyś sobie tego życzył.
Mrugnąłem do niego i uśmiechnąłem się do kelnerki, która przyniosła nam zamówione jedzenie. Wyglądało w sumie nie najgorzej, chyba jednak dobrze trafiłem z wyborem.
Westchnąłem cicho i zacząłem jeść, było dosyć smaczne, więc nie miałem na co narzekać.
- Całkiem dobre - uśmiechnąłem się, podkradając mu trochę jedzenia - Moje jest znacznie lepsze - zachichotałem.
Przysunąłem się do niego i przysunąłem mu swój talerz, żeby mógł mi podjadać, jeśli miałby ochotę.
- Nom, przyznaję, dobre - uśmiechnąłem się szeroko i zacząłem mu podjadać, najpierw pozbywając się swojej porcji - to co, najazd na sklepy? W fioletowym wyglądasz pięknie, co powiesz na fioletową suknię? Właśnie, znasz angielski, prawda? Większość ludzi na tym balu to Anglicy, na dodatek bal jest z okazji jakiejś tam rocznicy i wszyscy będą ubrani po chyba wiktoriańsku - prychnąłem niezadowolony - chujowy styl. Ale za to wiem gdzie sprzedają tu takie ubrania.
Uśmiechnąłem się szeroko kończąc jeść i płacąc za wszystko.
- Nawet przez rok studiowałem anglistykę, ale to było tak nudne, że sobie odpuściłem - uśmiechnąłem się, zaciągając go do sklepu obok restauracji.
- Kupmy to - wskazałem mu dużą parasolkę przeciwsłoneczną i śliczne okulary - Proszę... umieram tutaj z gorąca - sapnąłem cicho.
- A propo stylu wiktoriańskiego, to ten z rozszerzanymi sukniami, gorsetami i kołnierzami?
- No ja tam kołnierzy nie widziałem, ale niech ci będzie - uśmiechnąłem się nie do końca pewny czy mam rację i poprosiłem ekspedientkę o parasol, który podobał się Mayi, do tego kupiłem mu jeszcze okulary - gorsety, rozszerzane suknie, odsłonięte ramiona, tak wszyscy będą ubrani. Wiesz, teraz zakryte ciało nikogo nie interesuje, takie czasy. Proszę.
Założyłem mu na nosek okulary i wyszedłem ze sklepu rozkładając mu parasolkę i obejmując go delikatnie, zasłaniając go przed słońcem. Po chwili kupiłem mu jeszcze sok z rurką i lodem i pokazałem palcem sklep na końcu długiej, zatłoczonej ulicy.
- Tam, widzisz? Szyją tam stroje na miarę, w starych stylach. Jeśli zapłacisz odpowiednio uwiną się nawet w jeden dzień.
Mrugnąłem do niego i zacząłem prowadzić go w tamtym kierunku trzymając mocno, żeby przypadkiem nie zgubić go w tym tłoku.
- Spójrz - zaśmiałem się, googlując mu jak wyglądały suknie - To, o czym mówisz to trochę inne czasy, bo tu tak naprawdę były nie gorsety, a pasy zwężające, wystające kupry i wysokie odstające kołnierze, plus rękawy z bufkami. No ale dobra. Jeśli chcesz dobrze zamaskować moją męskość, to przydałaby się suknia, sprawiająca wrażenie, że mam biust, chociaż delikatny - pokiwałem poważnie głowa
Zaśmiałem się drapiąc po głowie i wyciągnąłem z kieszeni komórkę szukając odpowiedniej wiadomości.
- Może rzeczywiście to nie te lata? - Mruknąłem pokazując mu przedział dat - ale coś koło tego, co nie? Tak mi się wydaje... Jestem beznadziejny z historii, a daty to już w ogóle się mnie nie trzymają. Dobra, nie ważne, powinni wiedzieć co mają uszyć, co nie? Boże, jestem debilem.
Pokręciłem głową zrozpaczony i otworzyłem drzwi sklepu wpuszczając chłopca do środka. Podszedłem do lady i zacząłem mówić o co chodzi.
- Zaraz... Maya, które to miały być lata? - Westchnąłem ciężko szukając w kieszeni komórki. Taa, pamięć idealna...
- To jest między 1700-1800. Gorsety i suknie na kołach - uśmiechnąłem się delikatnie.
Jedna z kobiet pokiwała głową i zaczęła mówić coś po francusku. Wciągnięto mnie na tył i wymierzono chyba ze wszystkim stron. Okazało się, że mają gorset w moim rozmiarze, w kolorze czarnym. Wybrałem do tego materiał w kolorze moich oczu, czyli dół sukni i tiule, które miały być ozdobne. Po chwili kobiety upinały na mnie materiały, mówiąc coś gorączkowo i kiwając głowami do siebie.
- Mówiłem, że załatwią to w jeden dzień - uśmiechnąłem się zakładając ręce na piersi i opierając się o futrynę - właśnie się zastanawiają, co zrobić z twoim... brakiem cycków. Zastanawiają się czy by ci nie dać kołnierza w kolorze skóry, który wypchałyby czymś... Kurde, nie rozumiem ich, specjalistyczny język.
Zaśmiałem się drapiąc po karku trochę zażenowany. Serio trudno było je zrozumieć, w życiu nie słyszałem takich słów. Zrozumiałem tylko, że mówią o nazwach szwów i tkanin, o jakichś kolorach i materiałach... Boże, pogubiłem się.
- Wystarczy, że będziesz mi tłumaczył na japoński - przechyliłem się nad ladą do kobiet i zacząłem nawijać do jednej z nich, mówiąc, o czym myślałem.
Kiedy im to przetłumaczył, myślały chwilę i w końcu poszły po to, o czym mówiłem, żeby się tym zająć. Z uśmiechem wróciłem na siedzenie. Po chwili ta Francuzka mnie do siebie i zrobiła przymiarkę, pytając o kilka rzeczy. Pomogłem jej nawet z doszyciem ozdobnej koronki i podszyciem tego push-upem. Miałem dosyć dobrze wypracowane mięśnie, więc wyglądały jak rozmiar A. Dzięki czemu łatwiej było im wykonać swoją robotę. Po trzech godzinach wszystko było gotowe, a ja wyglądałem jak najpiękniejsza na świecie księżniczka.
Stałem w drzwiach patrząc na chłopaka jak zahipnotyzowany i w końcu podszedłem do niego chwytając jego dłoń i całując ją z ukłonem.
- Wyglądasz zniewalająco - szepnąłem szczerze patrząc na niego okrągłymi oczami - poprosiłbym o pocałunek, chociaż jeden, ale raczej nie pozwolisz, prawda? Czekaj... Nic ci nie zrobię, nie uciekaj.
Schyliłem się i zanurkowałem pod jego suknię, żeby dokładnie zbadać ile jest pod nią miejsca. Wyszczerzyłem się zadowolony i spojrzałem na niego unosząc kciuk.
- Idealnie. Na dodatek tak pięknie, boże święty...
Zaśmiałem się i przytuliłem go czule wplatając palce w jego włosy.
- Zaraz cię uprowadzę księżniczko - szepnąłem cicho całując go po szyi - za bardzo kusisz, nie dam rady się powstrzymać...
- Poczekaj, przebiorę się z powrotem - z pomocą kobiety ściągnąłem suknię i już sam wskoczyłem w swoje ciuszki.
Zapakowały mi suknię do specjalnego worka i dały Michaelowi, żądając zapłaty.
- Co To znaczy, że miejsca jest idealnie, jeśli mam tam wziąć psa to możesz się pożegnać z tym, że w ogóle pójdę - zaśmiałem się, patrząc na niego zupełnie poważnie.
- Nie, nie mam zamiaru go przemycać - zaśmiałem się wyciągając z portfela spory zwitek banknotów i dając kobiecie do przeliczenia - przemycimy coś mniej bezpiecznego, nie będę musiał lecieć dzisiaj w nocy. Powiem ci o co chodzi w hotelu.
W końcu kobieta przeliczyła i stwierdziła, że się zgadza, chwyciłem ostrożnie suknię i porwałem Mayę na ręce sadzając go na swoim przedramieniu.
- Odniesiemy to i idziemy po buty, dobra? - Uśmiechnąłem się patrząc na niego dalej jak zaczarowany.
- Nie ma szans, najpierw po buty. Jeśli pies ją zniszczy, to mamy przesrane, a na pewno będzie ciekawy, co to jest. Myślę, że mogą być creepersy, stare już mi się rozwalają, więc nowymi nie pogardzę - zachichotałem.
- Zgadnij, jaki mam rozmiar buta - złapałem go za rękę i uśmiechnąłem się, ciągnąc go do sklepu, gdzie wypatrzyłem czarne zamszowe creepy.
- Masz malutkie stópki, więc może... 35? - Przechyliłem głowę patrząc na niego z uśmiechem - albo 34. I nie bój się tak Booty, przecież on wcale nie jest taki zły. Czasem wydajesz mi się gorszy od niego.
Pokiwałem głową i wszedłem do sklepu wzdychając cicho. Tak chłodno, boże, jak dobrze...
- 34 - zaśmiałem się rozbawiony i złapałem butki w swoim rozmiarze.
Były nowe, z ćwiekami, więc oczywiście je wziąłem.
- Mogę więcej niż jedną parę? - zapytałem cicho.
Kiedy w rączki wpadły mi jasno różowe, fioletowe w białe groszki i błękitne z koronkowymi falbankami. Zrobiłem ogromne, proszące oczka i patrzyłem na niego ściskając te wszystkie butki w łapkach.
- Ale codziennie będziesz chodził w innych - uśmiechnąłem się i delikatnie pogłaskałem go po włoskach - mówiłem, że masz brać wszystko na co masz ochotę, prawda? No właśnie. Więc nawet nie pytaj tylko po prostu mów, co chcesz.
Pocałowałem go w czoło i zaprowadziłem go do kasy, gdzie zapłaciłem za wszystko z uśmiechem i przytuliłem chłopca idąc z nim w stronę hotelu.
Zapiszczałem zadowolony i położyłem te butki na ladzie. Wybrałem sobie jeszcze miętowe w białe serduszka i bordowe w czarną krateczkę. Z uśmiechem położyłem to 6 par na kasie i kazałem je skasować. Nigdy nie byłoby mnie stać, żeby kupić choć dwie pary w jednym roku.
- Przepraszam - uśmiechnąłem się delikatnie, spuszczając zawstydzony wzrok i ściskając ogromną siatę z pudelkami z butami.
- Za co przepraszasz? - Zaśmiałem się cicho głaszcząc go po główce i zabierając mu ciężką siatę z rąk - poniosę, zaraz ci oddam, nie bój się. No, to obkupiliśmy cię dzisiaj, a pojutrze też pójdziemy, bo nie masz nic na co dzień. Chodź, wskakuj na plecy, idziemy do hotelu, kolacja już pewnie czeka. Po drodze możemy jeszcze gdzieś wpaść, jeśli chcesz.
Uśmiechnąłem się kucając i czekając aż wskoczy mi na plecy.
Wskoczyłem mu na plecy i objąłem go nogami w pasie i rękoma za szyję. Zamknąłem oczka i wtuliłem główkę w jego szyjkę, mrucząc jak kociak. Pocierałem noskiem koło jego uszka i po chwili mi się przysnęło, więc zacząłem się ześlizgiwać, ale że byliśmy już w hotelu, Michael zrzucił mnie na łóżko. Ocknąłem się wtedy i zsunąłem z łóżka, zamykając suknię i resztę zakupów w szafie na klucz.
- Dotarliśmy - z westchnieniem padłem na łóżko i zgarnąłem wilczka tuląc go z czułością - muszę cię oddać, wiesz? - Szepnąłem mu na uszko głaszcząc go po karku - będzie ci dobrze, zobaczysz. Lepiej niż w domu.
Uśmiechnąłem się delikatnie widząc, że psiaczek patrzy na mnie zmartwiony. Biedaczek, chyba nie za bardzo wiedział co się dzieje ale wyglądał na smutnego...
- Uśmiechnij się skarbie, kocham cię, wiesz? Bardzo cię kocham. Będę cię odwiedzał jak będę miał czas, zobaczysz. Chodź, umyjemy się, co ty na to? Maya, idziesz z nami?
Uśmiechnąłem się smutno do chłopca całkiem zapominając o jego strachu i złapałem ręcznik idąc z psiakiem do łazienki.
-Ty jesteś jakiś popieprzony - westchnąłem, odskakując jak oparzony od tej dwójki.
- Chcę dostać osobny pokój, dopóki nie oddasz tego psa - mruknąłem, wychodząc z trzaśnięciem drzwiami.
Zszedłem na dół do restauracji i nałożyłem sobie na talerz kolację, siadając samotnie do stolika i wcinając wolno. Naprawdę nie wiem czego on nie rozumiał, balem się tego cholernego psa.
Westchnąłem ciężko i pokiwałem głową wchodząc z psiakiem do wanny i napełniając ją wodą. Mój kochany wilczek...
Kąpaliśmy się na prawdę długo, w końcu usiadłem w fotelu biorąc sobie koc i zawijając nas nim. Na razie tak musieliśmy spać, tylko dzisiaj... Jutro wieczorem zdążę z nim polecieć do Japonii... Nie miałem za bardzo apetytu, więc nawet nie zszedłem na kolację tylko czekałem na Mayę żeby wytłumaczyć mu jak będzie wyglądał jutrzejszy dzień.
Po jakichś dwóch godzinach, wstałem od stołu i włożyłem ręce do kieszeni, spacerując po hotelu. W końcu zaszedłem na siłownię, i ku mojemu zdziwieniu była całkowicie pusta, a ja nie biegałem już od kilku dni. Włączyłem jedną z bieżni i stanąłem na niej na bosaka, biegnąc spokojnym truchcikiem. Zupełnie straciłem rachubę czasu, tak dobrze mi się biegało. W końcu okropnie się zgrzałem, więc zrzuciłem z siebie podkoszulek i biegłem dalej. Wspaniale miejsce, mogłem biegać i oglądać filmy, nawet znalazłem po japońsku.
W końcu trochę zdenerwowany wyjątkowo długą nieobecnością Mayi wyszedłem z pokoju i zacząłem łazić po hotelu szukając go wszędzie. Już na prawdę zaczynałem panikować, kiedy wreszcie zajrzałem do siłowni. Usiadłem pod ścianą głaszcząc mojego wilczka i z uśmiechem obserwując chłopaka. Trochę mnie dziwiło, że mimo, że słońce dawno zaszło on nadal był sobą. Myślałem, że co noc się przestawia, przynajmniej tak zrozumiałem słuchając och obu... A mimo to od kilku dni nie widziałem tego niewyżytego malucha.
- Ładnie wyglądasz - mruknąłem w końcu obserwując plecy chłopca, pokryte kilkoma bliznami - masz na prawdę piękne ciało.
Zeskoczyłem z bieżni i obróciłem się do niego. Po chwili zobaczyłem tego psa na jego kolanach i struchlałem. Wilk chyba uradowany moją obecnością, zeskoczył z kolan Michaela i podbiegł do mnie, obskakując moje nogi. Przed oczami momentalnie zrobiło mi się czarno i osunąłem się na ziemię zemdlony. Gdy otworzyłem oczy, już nie byłem sobą.
- Wow. Naprawdę szybko to zepsułeś - zaśmiałem się rozbawiony, łapiąc tego kundla za kark i trzymając go przed sobą na wyciągnięcie ręki.
- Co według ciebie zepsułem? - Warknąłem zabierając mu wilczka i przytulając go do siebie, gotowy bronić go za wszelką cenę - nie ruszaj go, jest mój. Zabraniam robić mu krzywdę.
Jak małe, obrażone dziecko odwróciłem się tyłem do chłopaka siadając na ziemi i głaszcząc pieseczka po karku. Biedak, wystraszył się... Chyba nie spodziewał się, że Maya zemdleje, bo zaczął okropnie skomleć, kiedy ten tylko upadł.
- Tak bardzo się starałem dać wam szansę i nie wychodzić. Jestem tylko jego odskocznią, jak bardzo mu się nudzi, wtedy nagle przychodzę ja. Zabawne czyż nie? Ale widzisz... tym razem zawiniło to - spojrzałem z obrzydzeniem na kundla i poszedłem się ubrać.
- Gdybyś mając 7lat nie pozwolił się zgwałcić wujowi i za karę został poszczuty psem pewnie też byś się bał. Szczególnie, że z tego co pamiętam, ktoś tutaj i tak został wtedy zgwałcony, leżąc cały zakrwawiony i nieprzytomny. Ten wilk czy co to tam przypomina mu o wielu złych rzeczach...-mruknąłem, patrząc na niego rozgoryczony,
Stanąłem w swoim miejscu i położyłem się ostrożnie na ziemi.
- Mogę spróbować zemdleć albo porostu położę się w pokoju i powiesz mu, że go tam zaniosłeś, jak wolisz - mruknąłem, podnosząc się do siadu.
Westchnąłem cicho i posadziłem sobie wilczka na ramieniu podnosząc chłopaka z ziemi i układając go w swoich ramionach.
- Nie wiedziałem - mruknąłem cicho obejmując go i niosąc z powrotem do pokoju - wybacz, postaram się bardziej. Jutro go już nie będzie.
Uśmiechnąłem się delikatnie i zamknąłem za nami drzwi kładąc go na łóżku. Usiadłem przy nim i zacząłem głaskać go po głowie czekając na to, co zrobi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz